— Co pani zrobiła? — krzyknął w uniesieniu.
— Ja nic nie wiem. Coś się dzieje... ze mną... Bądź zdrów, Czaruś...
W pokoju nie było nikogo. Z nagła wszedł ksiądz Anastazy. Szlochając, gestem nie znoszącym przeczenia wsunął prawą rękę Cezarego w zimną, drgającą dłoń Karoliny, okręcił obiedwie ręce stułą i począł szepcząc łacińską modlitwę kreślić znaki krzyża nad tymi rękami związanymi.
Twarz Karoliny złagodniała. Światło białe przez nią przeleciało. Wśród nadludzkich, widać, boleści przebił się uśmiech. Gościł przez chwilę na wargach czarnych jakby z żelaza. Cezary nachylił się i złożył pocałunek na tych wargach, których pierwszy dotknął ustami — i ostatni. Odskoczył, bo usta te bezwładnie się rozchyliły i, wśród jęku potwornego, cały język spomiędzy nich się na zewnątrz wywalił. Jeszcze raz, drugi, jęk się powtórzył — i wszystko ustało dziwnie raptownie. Lekarz przyłożył ucho do piersi Karoliny. Długo słuchał. Strzepnął palcami, podniósł się i począł sprzątać swe statki, szukać porzuconego paltota i kapelusza. Karolina umarła. Doktór rzekł:
— Państwo będą łaskawi dać znać do powiatowego lekarza. Tu jest wyraźne otrucie.
Najprzód milczenie, później jęk powszechny, płacz serdeczny, krzyk, rumor głosów odpowiedział na to oświadczenie. Wszystko zaroiło się, zakotłowało. Ksiądz Anastazy, oblegany przez wszystkich, płacząc gorzko, powiedział:
— Nic wam, bracia i siostry, nie mogę powiedzieć, choć wiem wszystko. Sami wiecie, że nie mogę nic powiedzieć, com słyszał na spowiedzi. Tylko to jedno: módlcie się za nią gorąco, bo to nie jest samobójczyni. To jest ofiara.
Ludzie prości padli zaraz na kolana tuż przy drzwiach pokoju Karoliny. Ksiądz upadł na twarz tuż przy łóżku i wśród płaczu głośno się modlił. Cezary stał w rogu izby. Patrzał na śniadą, prawie czarną twarz Karoliny. Śniło mu się, że już dawno taką samą twarz widział, gdy wywoził trupy z Baku. Tak samo do niego jedna wołała, choć już jej słów słychać nie było. Ledwie ludzie skończyli szeptanie modlitwy, szmer ich, gwar, bełkot rozniósł się po całym domu. Z domu wytoczył się na dziedziniec, w gumna i na czworaki, do zabudowań we dworze i na wsi.
— Cóż to się stało? Jakim sposobem? Dlaczego? Kto winien?
Poczęto zbierać dane dla ustalenia historii tego dnia. Ale to szło z trudem, gdyż Karolina zazwyczaj była wszędzie, wciąż się krzątała, wciąż biegła dokądś i skądś szła z powrotem. Jakże tu było ustalić dokładnie dane? Maciejunio stwierdził, iż on pierwszy usłyszał jej krzyk, wołanie o pomoc na ganku. Domyślał się przeto, że przyszła z ogrodu. Lecz w ogrodzie i w parku nikt jej nie widział, gdyż tam było o tej porze pusto. Poczęto śledzić krok za krokiem, minutę za minutą, gdzie Karolina tego dnia była: w oborach, w domu ekonoma, w czworakach, w domu rządcy, w kurniku, w chlewach. Poczęto ustalać ścisłą chronologię tych jej wypraw i stwierdzono, że po obiedzie, więc najpóźniej, była w mieszkaniu rządcy, pana Turzyckiego. A więc wszyscy, nawet pani Wielosławska, obiedwie ciotki, wuj Michał, Hipolit, Cezary, Maciejunio — pobiegli do „Arianki”. Pani Turzycka, stale zatrudniona, jeżeli nie w kuchni, to w jej okolicach, nic nie wiedziała, co się stało „na dworze”. Gdy jej oznajmiono, że Karolina nie żyje, zupełnie zaniemówiła. Siadła na krześle i wytrzeszczonymi oczyma patrzyła na ten zbiór wysoko postawionych person. Coś niezrozumiałego mamrotała i ględziła w kółko. Wreszcie wybuchła: