— Mogę posłuchać, co tam bzdyczycie jeden po drugim utartymi na proszek do zębów frazesami, nie kontrolowani przez żaden rozum postronny. Mózg klasy robotniczej! Paradne!

— Jest jeden warunek: dyskrecja! Nie piśniesz o tym — ale, uważaj — we własnym interesie.

— „We własnym interesie”. To już jest groźne. Ty, Lulek, masz chwile dużej wybujałości. A gdzie to ma być? Daleko? Pewno gdzie na końcu najdłuższej linii tramwajowej? Czy to na czarno — w spodniach — w żakiecie — z chustką do nosa? W mankietach obróconych białą stroną w stronę tego Cekaeru?

Lulek srodze kaszlał. Po wy kaszlaniu się wysyczał:

— Przyjdę po ciebie o dziesiątej rano.

— Zawiążesz mi oczy?

— Zawiążę ci tylko język na supeł, żebyś swoim miłym gajowcom czego nie wypaplał. Zrozumiałeś?

— No, dobrze. Już o tym słyszałem. Będę jutro w domu. Więc o dziesiątej?

— O dziesiątej... — wyszeptał Lulek wznosząc na Cezarego oczy błagalne, oczy smutne, zimne oczy fanatyka.