Gdy syn stawał w otworze schronienia pod schodami, Seweryn Baryka wyciągał do niego trzęsące się ręce i rzucał pytanie zawsze jednakie: — czy nie ma pociągu? — To nie było marzenie, nawet nie żądza powrotu do kraju macierzystego, lecz jakiś szał duszy. Jechać! — to był jedyny okrzyk, który się od tego człowieka słyszało. Zdawało się, że gdyby mu pozwolono wsiąść do pociągu i jechać do kraju, natychmiast spadłaby gorączka, od której się trząsł albo gorzał, i ozdrowiałby bez wątpienia. Jakże syn mógł go opuścić? Jakże miał wyprawić samego na wiekuiste rozstanie? Obejmował go ramionami i razem tęsknił do chwili odjazdu. I oto wytworzył się w jego organizmie jakby nowotwór uczuć, pulsujący od pasji sprzecznych w sobie. Cezary był tu i tam, w Rosji i w Polsce, był z ojcem i przeciwko niemu. Szarpał się i mocował ze sobą samym, nie mogąc dać sobie rady.

Nie tylko wszakże odmienność zapatrywań na sprawy publiczne i społeczne dzieliła (a zarazem w szczególniejszy sposób łączyła) ojca i syna. Cezary wciąż przezwyciężał w swym duchu tego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się bujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie, krępujące jego wolę. Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem — a stary ojciec może rozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną władzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszych. Cezary nie czynił nic takiego, co by było moralnym ojcobójstwem, lecz szarpał się w więzach. Nieraz ponosiła go wewnętrzna wściekłość i gryzł w ustach twarde wyrazy. Ale samo to przegryzanie twardych wyrazów było męczarnią, albowiem sączył się z niego żal nikły, mętny a ostry i nieustępliwy. Nieraz w głębi siebie Cezary żałował, iż go ten tajemniczy człowiek, gnany niewygasłą miłością swoją, odszukał w Baku, dosięgnął, chwycił w swe sieci uczuć i zabrał stamtąd. Byłby tam został Barynczyszką, samym sobą. Rozkazywałby samemu sobie i szedł obraną drogą. Byłby skończył roboty grabarskie, rzucił łopatę i stanął między ludźmi tworzącymi. Teraz szedł na postronku swojej dla ojca miłości w stronę Polski, której ani znał, ani pragnął. Ojciec narzucił mu ideał obcy duszy i niezrozumiały, niepożądany i trudny, ckliwy i bezbarwny. Nie sam zresztą ten ideał, lecz przymus tolerowania, piastowania i uległej tolerancji względem niego był nie do zniesienia. A tymczasem egoizm Seweryna Baryki w sprawie narzucania tego ideału nie zmniejszał się, lecz powiększał. Ojciec nie narzucał synowi swej tęsknoty i żądzy powrotu, lecz sam trząsł się i jęczał jak niegdyś matka. Możnaż było nie pomagać mu w sprawie powrotu?


Toteż Cezary wystawał codziennie przed biurem, badał urzędników i zbierał wiadomości w mieście. Wreszcie pochwycił wieść upragnioną. Pociąg miał nadejść! Był to ogromny eszelon162 wiozący mnóstwo Polaków do kraju. Niestety; sygnalizowano już z dala, że miejsca nie ma i że nikogo z Charkowa zabrać nie mogą. Cezary poruszył wszelkie sprężyny, żeby zabezpieczyć163 sobie w tym pociągu dwa miejsca, i czyhał dniami — nocami. Nie wiadomo było oczywiście, kiedy nadejdzie. Przewidywano, iż zatrzyma się w Charkowie na bardzo krótko, może na parę minut, właśnie w celu uniemożliwienia oczekującym wpakowania się do tego pociągu. Przewodnik wiozący reemigrantów, który przed władzami sowieckimi odpowiadał surowo za przekroczenie instrukcji, dawał znać naprzód, z dala, iż nikogo nie zabierze. Cezary nie tracił nadziei i wartował osobiście albo za pomocą łańcucha życzliwych, którzy litowali się w tym morzu bezlitości nad jego ojcem.

I oto pewnej nocy dano znać: pociąg! Seweryn i Cezary rzucili się do stacji. Tutaj o pociągu niby to nic słychać nie było, lecz wieść sekretna dawała znaki i ostrzegała na migi: nadchodzi!

Obadwaj164 Barykowie nasłuchiwali. Starszy był tak zdenerwowany, rozstrojony i słaby, że ledwie mógł utrzymać się na nogach. Zdawało się, że przypadnie do ziemi i będzie nasłuchiwał. I oto w ciszy nocnej daleko — daleko rozległo się dudnienie głuche, zwiastun upragniony. Stali obadwaj nasłuchując na stacji słabo oświetlonej, ponurej i pustej. Dudnienie zbliżało się, wzmagało, rosło. Zamigotały daleko ruchome światła latarni. Wreszcie pociąg, ogrom ciemnoszary, wtoczył się na stację i stanął. Był to szereg wagonów z obmarzniętymi oknami i drzwiami. Sędziwe sople wisiały jak kudły i kłaki, z tego pasa ruchomych domków na głucho zabitych, zatarasowanych, zamkniętych. Gdy Cezary poskoczył i próbował otworzyć jedne, drugie, trzecie, czwarte i dziesiąte drzwi, daremnie wyłamywał sobie palce i wykręcał dłonie. Wszystkie drzwi były niezdobyte.

Z ostatnich wagonów wysunął się jakiś człowiek i szybko zdążał do dworca w poszukiwaniu władzy. Dwaj wędrowcy rzucili się do niego i nie pytając kim jest, zasypali go prośbami o wpuszczenie do pociągu. Okazało się, iż jest to właśnie przewodnik, inżynier Białynia. Seweryn znał tego człowieka przed laty za swoich urzędniczych czasów. Począł mu się przypominać i błagać o łaskę, o pomoc, o litość, o zabranie. Tamten przypomniał sobie Barykę — jakże — kochany pan Seweryn — Symbirsk — dawne dobre czasy! — lecz nic uczynić nie mógł. Nie mógł! Głową, wyraźnie głową odpowiada za przyjęcie nowego pasażera do pociągu! Pociąg jest już przeładowany, nabity. Na każdym niemal przystanku rewizja przegląda papiery uprawnionych do jazdy z tym eszelonem. Za przemycanie choćby jednego człowieka zagraża kara główna165. Kara główna!

— Nie mogę! Z żalem, z najserdeczniejszym żalem, kochany panie Sewerynie... Nie mogę! Zwłaszcza dwu ludzi! Nie mogę! — jęczał przewodnik.

Radził poczekać na następny eszelon, który wtedy a wtedy pod takim a takim przewodnikiem ma nadejść. Tamten może będzie miał mniej ludzi, może będzie mógł przyjąć. Seweryn Baryka poniżył się do próśb najniższych. Błagał. Skamlał. Zaklinał. Rzucił się do rąk inżyniera Białyni. Zapłakał okropnym starczym płaczem... Nic to nie pomogło. Nie mogło pomóc. Daremne były prośby i certacje. Białynia tłumaczył szeptem, na ucho, że przecie łatwiej jest im zaczekać, nieco zaczekać, na następny pociąg, niż skazywać jego, Białynię, rodaka, dobrego znajomego, ba! przyjaciela, na utratę życia. A życiem — życiem! — swym odpowiada — itd. Cezary nie słuchał perswazji. W sposób ostry i gruby oświadczył, że ojciec jego dłużej czekać nie może — że żyją tu od tygodni jak troglodyci166, czekając właśnie na możność wyjazdu — a gdy ta możność nadchodzi, każą im czekać! Jakże tu czekać! I na co? Czy na nową odmowną odpowiedź? Czemuż to inni mogą jechać, a oni żadną miarą nie mogą? Białynia znowu począł tłumaczyć, że nie tylko oni dwaj, lecz i inni z Charkowa. Zgłaszały się setki i setki petentów, a odmówił, gdyż...

Do certujących się podszedł z tyłu jakiś człowiek, również podróżny, jadący tym samym pociągiem. Przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu. Gdy Białynia jeszcze bardziej stanowczo, kategorycznie, właśnie wskutek grubych argumentów młodego Baryki, odmawiał — tamten pociągnął Seweryna za kurtkę i popchnął go ku końcowi pociągu. Sam przemówił do inżyniera Białyni: