— Śmierć? Śmierć za zabranie tych dwu?
— Śmierć! — krzyknął inżynier.
— Śmierć — możliwe — wszystko możliwe. Ale ich zabrać musimy.
— Ja ich nie biorę! — wołał głośno Białynia. — Nie biorę! Nie biorę!
— Toteż nie ty ich bierzesz, tylko ja. Zwalisz winę na mnie. Jeżeli się wykryje, zwalisz winę na mnie. Ty o niczym nie wiesz, pierwszy raz słyszysz — znat’ nie znaju, wiedat’ nie wiedaju167 — ja ich pod sekretem, w tajemnicy przed tobą zabrałem. Ja za nich łbem odpowiadam: kwita.
Białynia zakotłował się na miejscu, zatupał nogami, zapiszczał od niezbitych argumentów, ale tamten drugi — chudy, wysoki, przygarbiony — popędził przed sobą Baryków. Kazał im przeleźć pod wagonami na drugą stronę i sam przelazł na czworakach. Potem biegli we trzech, chyłkiem, co tchu, aż na sam koniec ogromnego szeregu milczących wozów. Przy ostatnim wagonie ów czarny wgramolił się na stopień wiszący kędyś wysoko nad ziemią, z trudem niemałym odryglował zamek i odciągnął drzwi zasunięte, skrzypiące zjadliwie na mrozie. Wezwał obydwu niecierpliwym rozkazem:
— Pchajcie się na sam spód. Pod tułupy! Leżcie cicho i żeby waszego ducha nie było słychać! Dalej!
Ojciec i syn wwindowali się wzajem między jakieś cuchnące kożuchy i przypadli na nich. Czarny zasunął drzwi, zaryglował i zeskoczył. Wkrótce potem pociąg szarpnął się gwałtownie. Bufory poczęły obijać się o siebie, a koła, skrzypiąc, obracać na szynach. Seweryn Baryka przycisnął do serca rękę syna:
— Jedziemy! — wyszeptał.
— Jedziemy...