— Karolino, nie daj się! — podszczuwał ksiądz Anastazy. — Broń się, dziewczę z buzią jak malina! Jeżeli go teraz nie oszołomisz, znowu zapanuje nad tobą.

— Przebaczam mu z góry wszystko. Biedny bohater, inwalida, zmizerowany w bojach obrońca swych trzód, stadnin, obór, powozów i batów...

— Kolacja! Otóż i kolacja! — z zapałem głosił ksiądz Nastek. — Primum edere, deinde philosophari204. Nieprawdaż, panie poruczniku? — zwrócił się do Baryki.

— Niestety, nawet nie: sierżancie...

— Jakążeście tam ponad inne przekładali? — spytał ksiądz chwytając wprawną dłonią gąsiorek ze starką.

— Siwuchę przekładaliśmy stale i niezmiennie, ale teraz przepij no, Nastek, do tego Czarusia...

— A, Czaruś mu na imię? Właśnie chciałem zapytać, bo to bez tego nieporęcznie.

— No, to panie Czaruś — nasze! Ładne imię, prawda Karusia? Podoba ci się?

— Dość ładne imię... — uśmiechnęła się panna Karolina.

— Takie imię dobrze się mówi... — wsunął uwagę wujcio Michaś.