— Już trafię, skoro mi pani wskazała drogę.

— No, więc dobrze. Troszkę mię pan odprowadzi, bo po prawdzie, to samej w parku nie jest miło.

— Właśnie, właśnie...

Cezary otworzył drzwi wejściowe. Deszcz już nie pokrapywał, lecz siał gęsty, ostry i natarczywy.

— Widzi pani, deszcz pada.

— A pada.

— Co tu począć?

— Przejdę prędko.

— Ba, prędko po tym ciemnym ogrodzie, pełnym małych świerków.

— Nie ma co martwić się. Tu przecie zostać nie mogę, a u rządcostwa już śpią wszyscy na górze. Chodźmy!