— Z pana, widzę, zanadto dobry chrześcijanin, znawca przepisów towarzyskich i nieco za śmiały wojownik.

— Wojownik musi być śmiały. Oto widzi pani, jaki jestem śmiały.

Mówiąc te słowa Cezary zarzucił prawe ramię płaszcza na ramię panny Karoliny, a lewym okrył swe ramię. Ażeby zaś jak najbardziej ją okryć, przyciągnął ją mocno do siebie. Panna Szarłatowiczówna odsunęła się od niego, ale niezupełnie, niezdecydowanie. Obejmując ją delikatnie i o tyle tylko, żeby nie mokła na deszczu, czuł, jak drżała na całym ciele. Głos jej drżał również, gdy mówiła:

— Nie zawsze, proszę pana, śmiałość popłaca. Ja przynajmniej nie nadaję się do żołnierskich śmiałostek.

— Do tego stopnia i ja się nie ośmielam, żebym miał pani sprawić jaką przykrość. Jeżeli zrobiłem, to bezwiednie i za to przepraszam.

— Żadnej przykrości mi pan nie zrobił. Ale otóż i dwór! Dobranoc panu! A czy też pan naprawdę trafi?

— Jak w dym!

— Życzę dobrego snu w ariańskim zborze...

Cezary skłonił się przed jakąś obwisłą gruszą czy jabłonią, która go w zamian oblała kroplistym otrzęsem — bo panna Karolina znikła już w mroku.