— Doprawdy? Nie? A to się cieszę. Bo już współczułam bliźniemu.

— Dziękuję w każdym razie za współczucie w swoim imieniu i w imieniu mego przyjaciela, Cezarego Baryki.

— A! — skinęła głową pani w stronę Baryki. — Zdaje mi się jednak, że moje współczucie raczej ubodło sąsiada... — ciągnęła złośliwie, zwracając się znowu w stronę Hipolita.

W ogóle „przyjaciela Baryki” zdawała się nie dostrzegać, jakby był czymś daleko mniej interesującym w tym zaprzęgu niż koń kasztan.

— Ależ go pan zmydlił241! — wtrącił mocnym, basowym głosem towarzysz pani Kościenieckiej. — Cały koń w pianach. Myślę, że go pan napalił. Ależ dycha! Kiedyż pan powrócił?

— Wczoraj.

Tiens!242 — syknęła pani. — I już dziś rano tak forsowna eskapada!

— Na wojnie przyuczono nas rano wstawać.

— A pan także z wojny? — zapytała młoda dama zwracając się do Cezarego.

— Tak. Oczywiście. Tak jest, z wojny.