— Pan pozwoli, że się przedstawię... — rzekł do Cezarego swym najniższym basem towarzysz pani Kościenieckiej. — Jestem Barwicki.

— Baryka.

— Z uszanowaniem patrzę na prawdziwych żołnierzy... — mówił z oczyma przymrużonymi chytrawo. — Sam tutaj jedynie na miejscu działając w zakresie organizacji i świadczeń, prawdziwie cześć mam dla żołnierzy.

— Wiadomo przecie, że pan nie mógł iść ze względu na swą astmę... — wtrąciła pani Kościeniecka.

— Pan Władysław chory na astmę? Tak? Nic nie wiedziałem... — dziwił się Wielosławski. — To widocznie podczas wojny musiał się pan tej astmy nabawić...

— Gdzież tam! Już dawniej pan Władysław miał ataki duszności, a teraz się to uwidoczniło, gdy go lekarze podczas superrewizji243 zbadali.

— Życzę panu z serca powrotu do normalnego zdrowia! — mówił Wielosławski z najszczerszymi drwinami do potężnego jeźdźca, który mógłby pospołu ze swą astmą mury forteczne łamać.

— Dziękuję, dziękuję... — bełkotnął tamten ściskając co prędzej wyciągniętą prawicę.

— A czy panowie zdają sobie z tego sprawę, że jesteście na moim polu? — rzekła nagle pani Kościeniecka. — Zajechaliście moje dziedziny. „Gdy jeleń wszedł w moją puszczę, jeleń mój”244. Proszę do mnie na śniadanie.

— Pani Lauro! W takiej postaci? Proszę spojrzeć na mnie okiem uwagi i litości. Czy w takim stanie zabryzgania mogę jechać do Leńca?