— Tutaj, w tej okolicy, w każdym razie zabawi pan dłużej. Prawda, panie Hipolicie? Bo tu mamy plan. Mamy plan balu w Odolanach. A tancerzy ani na lekarstwo! Pan przecie tańczy?

— Owszem, tańczę.

— W takim razie jest nowy tancerz! Doskonale!

— Nie wiem, kiedy jest ten bal. Nie wiem, czy będę mógł być na nim.

— Czaruś! mój drogi, porzuć no ten temat. Nie ty w tych sprawach decydujesz, tylko ja.

— O, to-to! — syczała piękna pani. — Nie puścić! Nie puścić!

Lokaj wszedł i cichym głosem poprosił do stołu.


Panna Wanda Okszyńska miała skończonych szesnaście lat, a jednak nie mogła przeleźć z piątej do szóstej klasy szkoły państwowej w Częstochowie. Skończyło się na tym, że jej poradzono, ażeby sobie poszła na grzyby, gdyż z jej nauki nic nie będzie.

Starania ojca, urzędnika bankowego, nic nie mogły wskórać, gdyż rzeczywiście Wandzia nie nadawała się do szóstej klasy. Krótko mówiąc, nie umiała „na wyrówki” tabliczki mnożenia, a wszelkie „słówka” stale wyfruwały z jej biednej głowy. Nieszczęsny ojciec rozgniewał się na dobre i nie chciał patrzeć na oblicze tej domowej „oślicy”. Matka — rodzona siostra żony rządcy majątku „hrabiów” Wielosławskich w Nawłoci, pana Turzyckiego — wyprawiła niepoprawną „oślicę” na wieś do siostry, ażeby choć przez czas pewien zeszła z oczu ojcowskich i spod jego ciężkiej pięści. Tę to pannę Wandzię Okszyńską widział Cezary Baryka, gdy się salwowała250 ucieczką ścigana przez mściwą perliczkę.