— Ach — westchnął z głębi — prawda... Przypominam sobie... Toż to za takim oto stawem, za własną jakąś „sekułą” moja matka przepłakała swoje życie.

Z podwójną zachłannością objął oczyma tę tutejszą „sekułę” i nie mógł nasycić się jej widokiem. Patrzył na chmurki wielobarwne — czerwone, zwiastujące wiatr, i fioletowe, niosące nowe deszcze jesieni — jak przepływały nad czystą taflą. Zabarwiała się wtedy aż do samego dna, stawała się głęboka, przepaścista, niedosięgniona, pełna tajemnic i otchlistego266 życia tam w głębi. Gdy chmury pożeglowały nad pola, znowu jesienny kolor nieba spływał na czystą powierzchnię. Młyn czarny turkotał i w jego pobliżu nie można było rozmawiać. Panna i Cezary poszli wzdłuż grobli, prowadząc w głębinie wodnej odbicia swoje, doskonałe i wierne aż do śmieszności.

— Był taki staw u nas, na Ukrainie... — rzekła panna Karolina.

— Doprawdy? Bo znowu ja widzę w tym stawie ulubione miejsce mojej matki. Takie musiało być to jej miejsce ulubione.

— Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy.

— Ja nie mam.

— Panu się podoba tutaj, w Polsce?

— Dosyć, choć tutaj nie ma nigdzie nic „godnego widzenia”.

— Nie ma, rzeczywiście nie ma. Tu, wie pan, nie ma rozmachu, przestworu.

— Źle tu pani?