— Nie wie pani?
— Czuję w każdym razie to samo, co on, gdy go chłopy wyrzucały w zawieję. Mnie tak samo wyrzucono na dwór z mego domu.
— Cóż robić! Taki los.
— Los! Rzeczywiście! Dola, żeby się urodzić kobietą i nie móc przynajmniej pomścić się na wrogach! Dola, żeby drżeć o siebie, o swą kobiecość wobec tych, którzy mieli prawo pozbawić mię wszystkiego materialnego dobra — ach! — i rodziców. To jest prawo! To jest sprawiedliwość! Pies Gaga lepszy miał koniec niż moja matka! Pan nawet nie domyśla się, co to za szczęście być mężczyzną! Nie drżeć o swoją całość, być pozbawioną tej głupoty, tej trwogi, tej wiecznej troski! Ach, móc uderzyć, uderzyć w łeb ostrym mieczem lub ostrym sztyletem!
— Jaka to pani mściwa!
— Jestem mściwa. Gdyby pan wiedział, z jakim uczuciem czytałam gazety, że tu idą, tu przybywają wyrzucać nas znowu z domów i mordować, rozstrzeliwać, jak rozstrzeliwali w Płockiem za to, że się jest szlachcicem.
— Nie tylko za to, lecz za to także, że się było tyranem, zdziercą, katem parobków...
— A gdyby pan wiedział, z jakim uczuciem czytałam gazety, wieści, że bijecie, bijecie na miazgę, że ich po polsku ścinacie z ramienia!
Zerwała się z miejsca i nachyliła nad Cezarym.
— Czemużeście nie poszli dalej, dalej, dalej? — pytała wpijając się weń oczyma.