— Nic! Chot’ szarom pokati267. Mama, wyrzucona z naszego domu, siedziała za takim właśnie stawem, który oddzielał nasz majątek od wsi chłopskiej — przez cały rok. Siedziała nieszczęsna w chłopskiej chacie. Wyszła sama jedna, w jednej sukni. Obok niej tylko przecudny nasz pudel — Gaga. Ja byłam w Warszawie, ja bujałam sobie po świecie... Gaga nie mógł wytrzymać życia w tej chałupie, nie zniósł nędzy, gdy go kopali nogami i w zimie wypędzali na zawieję. — Zdechł. Dał nam wzór, że powinniśmy tak samo umierać, gdy nas znieważają podłe tyrany. Mama przedostała się do Warszawy. Umarła. Jestem sama.
— Teraz ja znowu jestem pani porte-malheur, ostatni powiew bolszewizmu.
— To straszne! — zaśmiała się rozczerwieniona aż po samo czoło.
— Dość już o tym! Pani jest nienaturalna, pełna pruderii268.
— Jeszczem się, widać, nie oswoiła ze wszystkimi prawdziwościami na świecie, choć był już czas i nie brakło okoliczności po temu.
— Czy wie pani, że i ja jestem poniekąd „ofiarą” bolszewików?
— Pan? Tak? Nie przypuszczałam. To ciekawe!
Cezary pod wpływem niespodziewanego impulsu szczerości zaczął opowiadać o swej matce i ojcu, o ucieczce z Baku i wędrówce przez Rosję, o śmierci ojca i przybyciu do granic Polski. Było dla niego samego cudaczne i niedorzeczne owo wywnętrzanie się przed nieznajomą osobą, a jednak opowiadał wszystko z bezwzględną szczerością. Mówił o szczegółach, które w tej chwili dopiero przypomniał sobie i zobaczył z nadzwyczajną oczywistością. Nigdy przed nikim dotąd swych spraw osobistych i uczuć rodzinnych nie wydobywał na wierzch. To, co mówił z Gajowcem o matce, matki się tylko tyczyło i miało pewną swoistą uczuciową podnietę. Nie zwierzał się nigdy szczerzej nawet Hipolitowi Wielosławskiemu. Teraz sprawiała mu istotną przyjemność jakąś duchową ulgę całkowita opowieść o swoim minionym życiu. Panna Szarłatowiczówna słuchała go w taki sposób, że to właśnie podniecało go do wywnętrzeń. Słuchała go uważnie i pilnie, surowo i chmurnie. Czasami wyrazy twarde, przeważnie rosyjskie, chrzęściały269 w jej zębach, gdy opowiadał o biedach i śmierci ojca. Siedli na drugim końcu grobli, gdzie ta grobla w wysokie pola wrastała. Mieli pod sobą odbicia swych postaci. Na przeciwległym brzegu wznosił się biały dworek osłoniony270 wieńcem gałęzi lip prastarych i odzwierciadlenie swe najdoskonalsze znajdował w czystej wodnej powierzchni.
— I cóż? Żal pani pudla Gaga czy Gagi? — zapytał młodzieniec po długim milczeniu, gdy już skończył opowiadanie o sobie.
— Czy mi żal? Nie wiem.