BOŻYSZCZE
Twa mowa w sercu moim zbudziła marzenia. Chcę wyjść spomiędzy was. Chcę być sam. Idź precz — słupie błota, synu piwnicy!
Anzelm uchyla się w mrok wielkiego muru i w załamaniach Iwanowskich Wrót, w szumie drzew — znika. Bożyszcze zbliża się do słupa szubienicy, opiera się nań piersiami, oplata go obojgiem ramion. Czoło opiera na drewnie śmierci. Woła.
Nocy!
Wicher wyrywa z nocnych czeluści wężowisko głosów rozpaczy.
GŁOSY
Dajmonionie! Ty, który posiadasz miarę przestrzeni między nieskończonością pomysłu i nicestwem ziszczenia — o, mocny popleczniku naszego smutku w samotności!...
BOŻYSZCZE
Przybyłem znowu. Po ziemi tej zdyszanymi piersiami leciałem z dala.