— Czy pani powiesz, co to znaczy?
Milczała.
— Co to jest? — krzyknął jeden z oficerów, podsuwając jej pod oczy zakrwawiony materac.
— To jest ślad krwi — odpowiedziała spokojnie.
— Czyjej?
— Mojej.
Powiedziawszy to słowo męczeńskie i bohaterskie — zdobywszy się wobec tych wszystkich mężczyzn noszących oręż na najwyższe dziewicze poświęcenie, spłonęła nagle od pożaru wszystkiej krwi, która w jej żyłach pędziła. Zdawało się, że ją krew ta zaleje i że ją wstyd udusi. Oficerowie pomrukiwali z chichotem, szturchając się i szepcąc pomiędzy sobą dowcipne komentarze. Panna Salomea uspokoiła się. Cierpliwie słuchała przyciszonych szyderstw, drwin i kpiarskich pokasływań. W pewnej chwili podniosła oczy i objęła ich wszystkich jednym spojrzeniem bezgranicznej wzgardy. W spojrzeniu tym błysnęła sobie samej wiadoma, zamknięta w milczeniu myśl, że wśród nich wszystkich ona jedna, wyśmiana kobieta, jest w istocie oficerem. Stary major, ojciec licznej rodziny, dorosłych córek, od dawien dawna w Polsce mieszkający, począł się drapać po bokobrodach i coś zagadał do swych subalternów. Rewidującemu podoficerowi rozkazał:
— No, szukać tam dalej! Marsz! Tu nic ciekawego nie ma.
Sam wyszedł do sąsiedniego pokoju. Tam oficerowie — jedni na kanapie, inni na sofie, a reszta wprost na dywanie podłogi rozciągnięci w ubraniach — pociągali z manierek.
W drugim skrzydle dworu, w kuchni i spiżarni, w składach i drwalniach odbywała się rewizja. Nadszedł podoficer i zameldował, że we dworze nic podejrzanego nie znaleziono. W spiżarni nie ma ani kawałka chleba, ani szczypty mąki. Oficerowie klęli i stękali.