Doktór wzruszył ramionami i wyszedł do gabinetu. Krzątał się tam przez czas pewien, coś otwierał, zamykał, porządkował — wreszcie stanął w przedpokoju, ubrany w futro i wojłokowe buty. Zza drzwi tego przedpokoju odezwał się do panny Salomei:

— Pani mnie literalnie porywa z domu. Jeżeli nas po drodze złapią — zginąłem.

— Wiozę pana do pewnej chorej dziewczyny w żydowskiej karczmie. Nikt o to nie może mieć do lekarza pretensji, że jedzie do chorego.

— A zapewne! W takich okolicznościach i czasach... Ja wiem, czym to pachnie jeździć teraz nocą na wieś do chorego.

Wyszli cicho, przemknęli się przez sień, w poprzek rynku i tymi samymi uliczkami, ciemnymi, jak piekło, dotarli do koni. Na szczęście nikt „cugantów” nie spostrzegł i nie skradł.

Panna Salomea, uradowana z takiego zbiegu okoliczności, okiełznała konie, nakryła dywanem siedzisko dla doktora i poprosiła, żeby zajął miejsce.

— A służący gdzie? — zapytał.

— Jestem — odrzekła.

— Co takiego? Nie jadę!

— Znowu swoje!