— Ja tego samego pragnę. Żebym tylko mógł ustać na nogach i chodzić!
Brynicki spoczął na sofce i patrzał w tego gościa zaczerwienionymi oczyma. Panna Salomea przysiadła u jego nóg i całowała ręce, nogi, nawet pasy rzemienne i steraną, w śniegach i błotach unurzaną kurtę.
— Buty mi się oto drą! Przemakają do kaduka! Niech no mi Szczepan szuka tamtej pary. Choć to i podniszczone, aleć będą lepsze. Żeby mi je tylko łojem tęgo wysmarował!
— Łojem... — szepnęła w żalu.
— Nie ma?
— Ani odrobiny.
— No to trudno i tak wciągnę na sucho. Ile to tygodni onuczki te same! Koszul mi, dziecko, szukaj! Jakie tam są, zabieram. Przewdzieję — i hajda!
— Znowu?!
— No, a co — mały mój ptaszku?
— Och, Boże!