— Niedługo pan stąd zniknie, jak poznikało wszystko. Skoro będę znowu samiuteńka jedna i wyda mi się, że pan był — sen — spojrzę sobie na tę kulę i przekonam się, że pan tu był naprawdę.
Odrowąż zamilkł. Głowa jego bezsilnie wsparła się o futrynę. Myślał... Tyle nieopisanych, odrażających cierpień zniósł w tej izdebce, w tym domu bezpańskim jak Polska — a teraz na myśl, którą mu podsunięto, że trzeba stąd „zniknąć”, odejść — drapieżna boleść, stokroć gorsza niż wszystkie fizyczne, nowym, nieznanym narzędziem rozdarła mu serce. Z ukosa, nie odrywając głowy od futryny, spojrzał na pannę Salomeę. Po tylu trudach, niespaniach, biedach i prywacjach była przepysznie zdrowa. Pierwszy wiosenny wiatr, który jej przybladłych lic dopadł, pomalował je różem najsubtelniejszym, ozdobił czoło i szyję lekką pozłotą. Zęby, białe jak najczystszy obłok kwietniowy, uśmiechały się w pąsowych usteczkach. Mówiła, kiwając głową:
— Już się Żydy w karczmie zwiedziały, że we dworze ktoś jest. Ryfka mnie ostrzegła. Dojrzeli pana ludzie ze wsi, kiedy się to kusztykało do stodoły. Jestem przez pańską tutaj obecność skompromitowana.
— Politycznie.
— Nie tylko.
— Umknę do partii za dwa, trzy dni i wszystko się skończy.
— Proszę, jaki to pan wartki do umykania! A potrafi też wasza książęca wysokość chodzić prosto na nogach? Bo uczyli mnie w klasztorze takiego wierszydełka: „Pierwej, niżeli latać, nauczcie się chodzić...”
— Sama mnie pani przed chwilą wypędzała.
— Z tym wypędzaniem! Myślę co tu dalej robić...
— Z czym?