— Razem z moim tatusiem?
— Niekoniecznie razem. Twój tatuś był jeździec, a ja piechur.
— To jakiż jegomość jest, — pan pułkownik, czy pan kapitan?
— Tylko major.
— A kiedy tatuś, słyszałem, mówił do jegomościa: «Kochany szefie»...
— Byłem swego czasu pomocnikiem szefa sztabu w dywizyi jednej pod generałem, nazwiskiem Kosiński, gdyśmy na Moskwę ciągnęli. Byłem także szefem batalionu. Dlatego tatuś nazywał mię ze swej łaski «szefem», bo u nas zawsze się tak do dawnych wojaków mówi: na kapitana — «majorze», a na majora — «panie szefie»... Taki już zwyczaj.
Hub rozważał powzięte wiadomości w milczeniu. Po chwili, z głębokiem przekonaniem, choć grzecznie i głosem pełnym szacunku oświadczył:
— Nie wiem, jak to można służyć w wojsku, być oficerem, a potem nie służyć. Jabym tam wiecznie służył!
Machnicki jakoś zawstydził się. Mówił z upokorzeniem:
— Czasami takie jest położenie, że służyć nie sposób...