Nieznane i niedostępne pozostaje dla Casanovy od pierwszego do ostatniego dnia owo zbożne uczucie wznoszenia się w sfery nadziemskie, zespalanie się na widok ukochanej kobiety z przyrodą i Bogiem, owo uszlachetnianie się i uskrzydlanie ducha przez miłość. Ani jeden godniejszy zanotowania list, ani jeden skreślony jego ręką wiersz nie stwierdza prawdziwego odczuwania miłosnego, sięgającego poza krawędź wspólnego łoża. Wątpliwe jest nawet, czy można w ogóle przypisać mu zdolność do żywienia prawdziwie gorącego uczucia. Bowiem namiętność, „amour passion”, jak ją nazwał Stendhal, przeczy takiemu spowszednieniu już samą swoją każdorazową wyłącznością. Miłość tak pojęta rodzi się nader rzadko, a jeżeli nawet, to jedynie na tle gromadzonej przez długi czas i niewyzyskanej siły uczucia, która, wyzwolona nareszcie, z piorunującą nagłością i gwałtownością rzuca się na przedmiot ukochania.
Casanova natomiast trwoni zbyt stale żar swojej żądzy, wyładowuje się nazbyt często, aby móc być zdolnym do najwyższego, spontanicznego napięcia. Namiętność jego, jako czysto erotyczna, nie zna ekstazy najwyższego jednorazowego wyładowania długo gromadzonej siły uczucia. Dlatego też nie ma potrzeby zbytnio się przejmować pozorną jego rozpaczą z powodu opuszczenia go przez Henriettę czy przez piękną Portugalkę. Nie ma obawy, aby chwycił on za śmiercionośną broń. W istocie też w dwa dni później znajdujemy go już u innej, o ile nie wprost w domu publicznym. Kiedy zakonnica C. C. nie może przybyć z Murano do casina180 i zamiast niej zjawia się inna siostra klasztorna, M. M., pociesza się Casanova bardzo prędko i łatwo. Każda z brzegu może zastąpić każdą inną, dlatego też rychło przekonać się można, że jako erotyk czystej wody nie kochał się on nigdy bez pamięci i wyłącznie w jednej, poszczególnej, z licznych swoich kobiet, ale zawsze tylko w wiecznej ich liczbie mnogiej, w nieustannej zmianie, w nieskończonym kolejnym szeregu przygód.
Jemu samemu wymknęło się raz niebezpieczne powiedzenie:
„Już wówczas przeczuwałem mętnie, że miłość jest jedynie mniej lub więcej żywym zaciekawieniem”.
Określenie to jest bardzo trafne, o ile wyraz: „zaciekawienie” przełożymy na właściwy w tym wypadku język, w którym będzie on miał znaczenie nowego wciąż pożądania, pożądliwej, wiecznej ciekawości czegoś nowego, coraz nowych i odmiennych wrażeń, jakich dostarczyć może coraz inna wciąż kobieta. Nie pociąga go nigdy osobnik, tylko odmienność, nieustannie nowa kombinacja na niewyczerpanej szachownicy erotyzmu.
Jak funkcja wdychania i wydychania powietrza, tak samo naturalne i rozumiejące się samo przez się jest jego branie kobiet w posiadanie i porzucanie ich. To czysto funkcjonalne używanie rozkoszy płciowej starczy nam za najlepsze wyjaśnienie, dlaczego Casanova, jako artysta, nie uplastycznił nam właściwie duchowego obrazu żadnej z tysiąca swoich kobiet. Szczerze powiedziawszy, budzą wszystkie jego opisy podejrzenie, że nie przyjrzał on się nigdy dokładnie żadnej ze swoich kochanek, i że obserwował je jedynie z un certo punto181 — z pewnej, bardzo przeciętnej perspektywy.
Tym, co go zachwyca, co go „rozpłomienia”, są, jak przystało prawdziwemu południowcowi, te same rzeczy grubozmysłowe, dostępne dla natur chłopskich, namacalne i rzucające się w oczy momenty płciowe; w kobiecie zawsze i wciąż (aż do przesytu) „alabastrowe łona”, „boskie półkule”, „junoniczna182 postać”, dzięki coraz innemu trafowi odsłonięte „najtajniejsze powaby” — słowem identycznie to samo, co podrażnia zmysły i rozszerza źrenice żółtodzióbego sztubaka.
Dlatego też z nieskończonej falangi183 Henriet, Babet, Mariuccii, Hermelin, Ignacji, Ester, Sar czy Klar (należałoby właściwie przepisać cały kalendarz) nie pozostaje nic więcej ponad cielistej barwy masę, ponad lubieżnie wygięte sylwetki kobiece, ponad bezładną plątaninę liczb i cyfr, zachwytów i przeżyć, ponad coś, co najbardziej przypomina obrazy, jakie majaczą w wyobraźni odurzonego parami winnymi człowieka, który obudziwszy się nazajutrz po całonocnej hulatyce z ciężką jak ołów głową, nie wie, co właściwie, z kim i gdzie pił całą noc.
Ani jeden poszczególny zarys ciała, że nie wspomnimy już o duszy, spośród tych osiemdziesięciu tuzinów kobiet nie rzuca w jego opisie plastycznego, psychofizycznego cienia. Casanova brał w posiadanie ciało każdej jedynie, doznawał wrażeń, jakie dawał mu naskórek jej tylko, poza tym nie znał żadnej wcale. Dlatego też zdradza nam precyzyjna miara sztuki, wyraźniej aniżeli samo życie, olbrzymią rozbieżność pomiędzy erotykiem wyłącznie a prawdziwie kochającym, pomiędzy tym, który wszystko zdobywa i nic nie utrzymuje, a owym osiągającym niewiele, ale siłą swojego ducha wznoszącym chwilową zdobycz na szczytne wyżyny trwałości.
Jedno jedyne przeżycie Stendhala, tego w rzeczywistości dość mizernego bohatera romansu, wykazuje więcej duchowego czynnika, zasila bogaciej ducha drogą sublimacji aniżeli trzy tysiące spędzonych przez Casanovę nocy miłosnych, a czterostrofowy poemacik Goethego daje bardziej plastyczne pojęcie o głębi i sile natężenia miłosnych uczuć, o ekstatycznych wyżynach ducha, na jakie wznieść się jest zdolny Eros184, aniżeli wszystkie razem wzięte szesnaście tomów pozostawionych nam w spuściźnie przez Casanovę.