Tak, ale wszystkim tym „prawie” tylko, i to „prawie” podkreśla niemiłosiernie ułamkowość wielostronnych jego talentów. Jest wszystkim po trosze: poetą, ale niezupełnym, rzezimieszkiem, a jednak nie zawodowcem w tym fachu. Sięga rąbka najwyższych sfer ducha i równie blisko ociera się o galery, żadnego wszakże ze swoich uzdolnień, ani jednego z uprawianych przez siebie zawodów nie doprowadza do skończonej doskonałości.
Jest jedynie skończonym dyletantem, dyletantem najbardziej wszechstronnym, połapał mnóstwo wiadomości ze wszystkich dziedzin nauki i sztuki, i tylko drobiazgu jeszcze brak mu, aby stać się prawdziwie produkcyjnym: woli, stanowczości i cierpliwości.
Gdyby jeszcze rok jeden przysiedział fałdów nad książkami, nie znalazłby się lepszy od niego prawnik, bardziej lotny historyk. Mógłby być wykładowcą każdego przedmiotu, profesorem każdej gałęzi wiedzy, tak sprawnie, jasno i szybko pracuje jego niepospolity mózg. Ale Casanova nie myśli nigdy o robieniu czegoś gruntownie i dokładnie, jego naturze lekkomyślnego ryzykanta niedostępna jest wszelka powaga, a jego nieustanne upajanie się życiem staje mu na przeszkodzie w suchym, rzeczowym, twardym ujmowaniu spraw. Powaga i surowy obiektywizm są mu obce, wrodzona zmienność i płochość jego wzdragają się przed nimi. Nie chce być niczym naprawdę, wystarcza mu wydawanie się tym i owym, uchodzenie za takiego czy innego: pozory mylą wszak i wprowadzają ludzi w błąd, a oszukiwanie, okłamywanie jest i pozostaje dla niego największą rozkoszą istnienia. Dobrze mu wiadomo, że do zwodzenia głupców niepotrzebna jest głęboka wiedza. W jakimkolwiek kierunku posiada szczyptę bodaj połapanych tu i ówdzie wiadomości, ma wnet na podorędziu najwspanialszego pomocnika: nieprawdopodobną swoją czelność, zuchwałą, niczym niedającą się zrazić ani zastraszyć, prawdziwie hochsztaplerską swoją odwagę.
Powierzcie Casanovie bądź jakie zadanie, nie przyzna się on nigdy, że jest nowicjuszem w tym fachu, ale wprost przeciwnie, przybierze natychmiast najpoważniejszą w święcie minę wytrawnego znawcy danego przedmiotu; jako urodzony krętacz będzie lawirował ze zdumiewającą zręcznością, jako wyrafinowany karciarz tak przetasuje momentalnie wszystkie dane, że zawsze w końcu uda mu się wycofać z honorem z najbardziej niepewnej, zawikłanej sprawy i sytuacji.
W Paryżu zapytał go kardynał de Bernis84, czy wie, jak się organizuje loterię klasyczną. Oczywiście nie miał Casanova o tym zielonego pojęcia, cóż jednak naturalniejszego dla urodzonego tego blagiera aniżeli danie odpowiedzi twierdzącej. Wnet też wobec powołanej specjalnie komisji rozwija z nieporównaną, niczym niedającą się zakłopotać swadą cały projekt sfinansowania tej organizacji, jak gdyby od dwudziestu lat co najmniej był wytrawnym bankierem.
W Walencji brak tekstu do opery włoskiej: Casanova zasiada przy biurku i na poczekaniu układa wcale znośne libretto. Gdyby mu powierzono napisanie muzyki, na pewno zręcznie skleciłby ją z rozmaitych kawałków, pokradzionych ze starych, zapomnianych oper. Na dworze cesarzowej rosyjskiej występuje w roli reformatora kalendarza i uczonego astronoma; w Kurlandii dokonywa, jako zaimprowizowany z dnia na dzień specjalista, objazdu kopalni; Republice Weneckiej poleca, udając gruntownie obeznanego z tym fachem chemika, nowy sposób barwienia jedwabi; w Hiszpanii jest znawcą i specjalistą w dziale reformy rolnej i kolonizowania; cesarzowi Józefowi II85 wręcza obszerny elaborat na temat ukrócenia lichwiarstwa; dla księcia Waldsteina86 pisze komedie; księżnie Urfé87 stawia drzewo Diany88 i mydli jej oczy innymi tym podobnymi oszukańczymi sztuczkami; pani Roumains otwiera kasę Kluczem Salomona89; dla rządu francuskiego skupuje akcje; w Augsburgu występuje jako poseł portugalski; we Francji na zmianę: jako fabrykant i naganiacz przy królewskim parku jelenim; w Bolonii pisze pamflety w kwestiach medycznych; w Trieście wydaje Dzieje państwa polskiego i tłumaczy Iliadę oktawami90 — słowem: kawalerzysta nieposiadający własnego konia, ale umiejący jeździć na każdym wsuniętym mu między uda, nie wywracając z niego koziołka i nie okrywając się z tego powodu śmiesznością. Przeglądając spis pozostawionych przez niego własnych jego utworów, można by przypuścić, że ma się do czynienia z uniwersalnym filozofem, encyklopedystą, nowym Leibnitzem91. Obok grubego tomu romansu — opera Odyseusz i Cyrce; studium z zakresu wyższej matematyki; dialog polityczny z Robespierre’em92 — a gdyby zażądano od niego stwierdzenia teologicznie istnienia Boga albo zaimprowizowania hymnu opiewającego cnotę skromności, nie zawahałby się ani na minutę nawet.
Bądź co bądź jednak, jakie uzdolnienie! W jakimkolwiek kierunku chciałby je wyzyskać, w nauce, sztuce, dyplomacji, umiejętności prowadzenia interesów handlowych, wystarczyłyby one do osiągnięcia zdumiewających wyników.
Casanova świadomie jednak rozprasza swoje talenty na potrzeby chwili i mogąc zostać wszystkim, woli być niczym, byle zachować wolność. Widzi dla siebie i szczęście jedynie w poczuciu swobody, w niekrępowaniu się niczym. Możność przenoszenia się wciąż, bez żadnych zobowiązań i ograniczeń, z miejsca na miejsce, stokroć mu jest droższa aniżeli zasklepienie się we własnym domu, na stałym miejscu pobytu, przy ustalonym warsztacie pracy.
„Myśl osiedlenia się gdzieśkolwiek na stałe była mi zawsze wstrętna, rozsądny tryb życia biegunowo przeciwny mojej naturze”.
Nie pociąga go na stałe ani dobrze płatne stanowisko poborcy dochodów loteryjnych przy dworze Jego Arcychrześcijańskiej Mości, ani zawód fabrykanta, ani rzępolenie na skrzypcach, ani pisanie książek. Zaledwie usadowił się gdzieś mocniej, już przykrzy mu się jednostajność jego zajęcia, rzuca je też bez namysłu, wyskakując z wygodnego fotela, na którym udało mu się zasiąść, wprost na ulicę, gdzie czeka na następną z kolei nadjeżdżającą przypadkowo kolasę swojej kariery, której wnet też się uchwyci. Jego prawdziwym zawodem — czuje to doskonale — jest nie mieć żadnego; wypróbowywać wszystkie i zmieniać je wciąż, jak aktor role i przebrania. W jakim zresztą celu miałby uwiązywać się przy czymś na stałe? Nie zależy mu na utrwaleniu własności swojej, na utrzymaniu swojego stanu posiadania, nie chce nic mieć w majątku, aby nie być związanym ze swoimi posiadłościami. Jego nieokiełznanej, namiętnej, pasjonowanej naturze nie wystarcza jedno życie; musi w ciągu swojego istnienia na ziemi przeżywać setki istnień. Właśnie dlatego, że dąży do swobody jedynie, że szuka zarobku, przyjemności i miłości na najbliższą chwilę jedynie i nie zależy mu nigdy na zabezpieczeniu ich sobie na trwałe, może z beztroskim śmiechem przechodzić obok zadomowień i prywatnych siedzib własnych, które zawsze przecież wiążą i krępują ich posiadacza. Przeczuwa on, nie zdając sobie może dość jasno sprawy z tego, co Grillparzer93 tak pięknie wyraził w swoim dwuwierszu: