Co trzymasz mocno, to ciebie trzyma wzajem;
A gdzie panujesz, tam sługą jesteś razem.
A Casanova nie chce być niczyim sługą, jedynie błogosławionego trafu, który czasem wprawdzie brutalnie chwyta go za bary, ale tu i ówdzie, w przystępie wspaniałomyślnego humoru, zsyła mu nowe miłe niespodzianki. Aby też pozostać wiernym temu jedynemu swojemu władcy, z pogardą odrzuca wszelką, najluźniej bodaj wiążącą go propozycję. Jest prawdziwym wolnym duchem, w sensie wyższym aniżeli czysto doktrynerski.
„Mój największy skarb — mówi z dumą — to fakt, że jestem własnym swoim panem i że nie straszą mnie żadne klęski”. Męska dewiza, która starczy za wyższy tytuł szlachecki temu, kto obrał ją sobie za drogowskaz życiowy, aniżeli zapożyczony przez niego tytuł kawalera de Seingalt.
Nie dba on o to, co inni o nim pomyślą. Z czarującą beztroską przeskakuje ich moralne zapory, obojętny na wybuchy wściekłości pozostałych po tamtej stronie i na oburzenie trwale osiadłych, których opłotki obala zuchwałym kopnięciem butem. Do odczuwania radości istnienia potrzeba mu rozpędu oraz świadomości, że zmuszony jest do gnania, nigdy zaś spokoju i wygodnego spoczynku. Dzięki tej łatwości niedbałego przeskakiwania przez wszystkie przeszkody i dzięki perspektywie lotu ptaka, z jakiej rozpatruje wszelkie sprawy ludzkie, widzi wszystkie śmieszne strony poczciwców, którzy wgnieździli się przytulnie w jedno i to samo wciąż zajęcie, w jeden i ten sam ciepły kącik i którym nie przychodzi wcale na myśl, że mogliby kiedykolwiek poruszyć się z miejsca. Nie imponują mu ani marsowi wojownicy, groźnie wymachujący szablami i równocześnie zginający się ze strachu w pałąk przed wymyślającym im generałem, ani uczeni — mole książkowe, pożerające bele papieru z jednej książki po drugiej, ani finansiści i bankierzy, ukucnięci na swoich worach złota w nieustannym strachu o nie i spędzający bezsenne noce przy swoich skrzyniach ze skarbami — nie pociąga go żadne stanowisko, żaden kraj, żaden strój czy mundur.
Nic i nikt nie jest zdolny zatrzymać go na dłużej; ani kobiety w swoich objęciach, ani władcy w obrębie słupów granicznych swoich państw, ani zawód żaden w swojej jednostajności i nudzie. Przedziera się zuchwale przez wszystkie ołowiane dachy, raczej zdecydowany narazić własne życie aniżeli przeżywać je, kisnąc w zamknięciu.
Wszystko, co wre i kipi w jego gorącej krwi, wszystkie zuchwalstwo rzuca na łup niewiadomego, najmniej pewnego, najbardziej zawodnego bóstwa — fortuny, bogini hazardu i zmienności. Dlatego też nie kostnieje nigdy egzystencja jego w jednej pierwotnej formie, ruchoma jest wciąż, płynna i zmienna, jak bieżąca woda, która bądź tryska niebosiężnie w górę, jako jasna, ozłocona słońcem i szczęściem fontanna, bądź spada nagłą, gwałtownie niepowstrzymaną lawiną w bezdenne głębie ciemnych, ponurych przepaści. Z błyskawiczną nagłością przeskakuje od biesiadnych stołów książęcych do lochów więziennych, z życia w przepychu i zbytku do zastawiania co się da u lichwiarzy i w lombardach, od czarowania i uwodzenia kobiet do roli sutenera, aby wnet, z ponownie sprężoną siłą swojego fluidu, poderwać się i trysnąć w górę, swawolny i zuchwały w momentach szczęścia i obojętny wobec nieszczęścia, zawsze i wszędzie wszelako pełen odwagi i wiary.
Odwaga i wiara w siebie i swoją gwiazdę — oto właściwa treść sztuki życia, jaką posiadł Casanova, górujący jego talent. Nie zabezpiecza on sobie życia, ale stawia je na kartę i w ten sposób zdobywa je. Spośród zastępów ludzi ostrożnych i przezornych wyrywa się jeden jedyny, ryzykujący wszystko, rzucający na los szczęśliwego trafu siebie samego, każdą szansę i każdą okazję. Los wszelako, którego żywiołem jest gra, sprzyja śmiałym, którzy go wyzywają. Daje zuchwałym więcej aniżeli potulnym, natarczywym chętniej niż cierpliwym, obdarza też i w tym wypadku jednego nieznającego miary hojniej niż całe pokolenie zazwyczaj. Chwyta go za bary, wznosi w górę i znów strąca w przepaść, gna go poprzez kraje, podrzuca wysoko i w najwspanialszym podrywie podstawia mu zdradziecko nogę. Karmi go kobietami i omamia przy stole gry, łechce go i podnieca rozpalaniem w nim żądz i zamiast sycenia ich daje mu rozczarowanie; nigdy wszakże nie odwraca się od niego, nie puszcza go w zapomnienie i nie pozwala mu zgnuśnieć w nudzie. Sam niezmożony odnajduje dla tego nie mniej niezmożonego, prawdziwego i zawsze gotowego do pójścia z nim w zawody partnera nowe wciąż śmiałe wolty, nowe zuchwałe pociągnięcia.
Dzięki temu staje się jego życie barwne, pełne rozmachu, wielostronne, kalejdoskopowo zmienne, fantastyczne, przebiegające tak pstro i jaskrawo, jak żadne inne bodaj w ciągu stuleci. I wreszcie, przez sam fakt zdania potomności ostatecznej z niego sprawy, staje się ten, który nigdy nie był i nie chciał być nikim i niczym, jednym z najniepospolitszych twórców bytu, nie z woli własnej wprawdzie, ale z woli samego życia.