Skoro pani de Rênal znalazła się u siebie, obudziło się w niej tym żywiej poczucie niebezpieczeństwa: uderzył ją nieład w pokoju. Strzaskano zamki przy najładniejszych szkatułkach i puzderkach; podważono kilka desek w posadzce. „Byłby dla mnie bez litości — pomyślała. — Zepsuć tak mozaikową, posadzkę, którą tak lubił; kiedy które z dzieci stąpi na nią w wilgotnych trzewikach, on czerwieni się z gniewu! Zniszczona zupełnie”.

Widok tego brutalstwa33 rozproszył ostatnie wyrzuty, jakie sobie czyniła z powodu swego zbyt łatwego zwycięstwa. Na chwilę przed dzwonem obiadowym Julian wrócił z dziećmi. Przy deserze, po odejściu służby pani de Rênal rzekła doń sucho:

— Wspominał mi pan, że pragnąłbyś spędzić dwa tygodnie w Verrières: otóż pan de Rênal godzi się udzielić panu urlopu. Może pan jechać, kiedy się panu podoba. Aby zaś chłopcy nie tracili czasu, co dzień będzie pan otrzymywał ich wypracowania do przejrzenia.

— Tak — rzekł pan de Rênal cierpko — ale zwalniam pana nie dłużej niż na tydzień.

Julian wyczytał w jego twarzy niepokój i udrękę.

— Nic jeszcze nie postanowił — rzekł do kochanki, skoro na chwilę zostali sami w salonie.

Pani de Rênal opowiadała mu śpiesznie, co zdziałała w ciągu rana.

— Dziś w nocy bliższe szczegóły — dodała, śmiejąc się.

„O przewrotności kobieca! — pomyślał Julian. — Co za przyjemność, co za instynkt pcha je ku temu, aby nas oszukiwać?”

— Mam wrażenie, że miłość oświeca cię i zaślepia równocześnie — rzekł z pewnym chłodem. — Postępowanie twoje dzisiejsze jest cudowne; ale czy to rozsądnie chcieć widzieć się wieczór? Dom pełen jest wrogów: pomyśl o nienawiści, jaką pała do mnie Eliza.