Przy tych słowach pan de Rênal westchnął i spojrzał na żonę.

— Signor Zingarelli — ciągnął młody śpiewak, przesadzając nieco akcent ku wielkiej radości dzieci — signor Zingarelli był nauczycielem bardzo surowym. Nie kochają go w konserwatorium; ale chce, aby postępować tak, jakby się go kochało. Wymykałem się, jak tylko mogłem; zachodziłem do teatrzyku San Carlino, gdzie słuchałem boskiej muzyki; ale, o nieba! co począć, aby zdobyć osiem su na bilet? Olbrzymia suma — rzekł, patrząc na dzieci, a dzieci w śmiech. — Signor Giovannone, dyrektor San Carlino, usłyszał, jak śpiewam. Miałem szesnaście lat. „Ten chłopiec to skarb”, rzekł.

— Chcesz abym cię zaangażował? — spytał.

— A ile mi pan da?

— Czterdzieści dukatów na miesiąc. Moi młodzi panowie, to znaczy sto sześćdziesiąt franków. Myślałem, że niebo mi się otwiera. Ale co począć, rzekłem, aby ten srogi Zingarelli mnie wypuścił? „Lascia fare a me”.

— Zostaw to mnie — wykrzyknął najstarszy chłopiec.

— Właśnie, mój młody panie. Signor Giovannone rzekł: „Caro, najpierw kontrakcik”. Podpisuję: daje mi trzy dukaty.

Nigdy nie widziałem tyle pieniędzy. Następnie powiada mi, co mam robić.

Nazajutrz proszę o audiencję u straszliwego pana Zingarelli. Wpuszcza mnie stary służący.

— Czego chcesz, urwisie? — rzekł Zingarelli.