— Amanda Binet.
— Czy pozwoli pani, abym przesłał pani za godzinę paczkę, ot, taką jak ta?
Piękna panna zastanowiła się nieco.
— Pilnują mnie: to by mnie mogło narazić, ale napiszę panu swój adres na kartce, którą pan przypnie do pakunku. Niech pan przyśle bez obawy.
— Nazywam się Julian Sorel — rzekł chłopiec — nie mam tu nikogo.
— A, rozumiem — rzekła wesoło — przybył pan do szkoły prawnej.
— Niestety, nie — odparł Julian — przysłano mnie do seminarium.
Głębokie rozczarowanie odbiło się na twarzy Amandy; zawołała garsona, już się przestała obawiać. Garson, nie patrząc na Juliana, nalał mu kawy.
Amanda odbierała przy bufecie pieniądze; Julian dumny był, że się ośmielił przemówić. Przy bilardzie wszczęła się kłótnia. Krzyki i wymyślania graczy rozlegające się w olbrzymiej sali robiły hałas, który pochłonął uwagę Juliana. Amanda zamyśliła się i spuściła oczy.
— Jeżeli pani pozwoli — rzekł nagle śmiało — powiem, że jestem jej kuzynem.