— Och, dobry Boże! — zawołała poczciwa gospodyni z przestrachem. — Niech pan nie mówi tak głośno, dosyć jest nicponiów w Besançon. Ukradną to panu, ani się obejrzysz. Zwłaszcza nie zachodź nigdy do kawiarni: aż się tam roi od hultajów.
— A, tak? — rzekł Julian, któremu te słowa dały do myślenia.
— Przychodź pan tylko do mnie: sama zrobię panu kawę. Pamiętaj, że zawsze znajdziesz tu życzliwe serce i dobry obiad za franka: to się nazywa chyba uczciwie mówić. A teraz do stołu: obsłużę pana sama.
— Nie mógłbym jeść — rzekł Julian — nadto jestem wzruszony: prosto stąd mam iść do seminarium.
Przed odejściem poczciwa kobieta wypchała mu kieszenie przysmakami. Wreszcie Julian puścił się w stronę straszliwego przybytku; gospodyni, stojąc w drzwiach, wskazywała mu drogę.
XXV. W seminarium
Trzysta trzydzieści sześć obiadów po 85 centymów, trzysta trzydzieści sześć kolacji po 38 centymów, czekolada dla uprzywilejowanych; ile można zyskać na dostawie?
Valenod z Besançon.
Z dala ujrzał złocony krzyż na drzwiach; zbliżył się wolno, nogi uginały się pod nim. „Oto więc owo piekło, z którego nie zdołam się wyrwać!” Wreszcie zdobył się na to, aby zadzwonić. Odgłos dzwonu rozległ się jak w pustkowiu. Po dziesięciu minutach blady, czarno ubrany człowiek przyszedł otworzyć. Julian spojrzał nań i natychmiast spuścił oczy. Odźwierny ów miał osobliwą fizjonomię. Zielone źrenice były okrągłe jak u kota; nieruchome powieki zdradzały absolutną obojętność; z wąskich, wpół rozwartych warg sterczały zęby. Mimo to fizjonomia ta nie zwiastowała zbrodni; raczej ową doskonałą bezczułość, która o wiele więcej budzi grozy w młodym sercu. Jedynym uczuciem, jakie bystre spojrzenie Juliana zdołało odgadnąć na zwiędłej twarzy bigota, była głęboka wzgarda dla wszystkiego, co nie tyczy spraw nieba.
Julian podniósł z wysiłkiem oczy i głosem drżącym ze wzruszenia oznajmił, że chciałby się widzieć z księdzem Pirard, rektorem seminarium. Bez słowa człowiek w czerni dał mu znak, aby szedł za nim. Weszli na drugie piętro szerokimi schodami z drewnianą poręczą. Dalej od muru stopnie przechylały się mocno i zdawały się grozić zawaleniem. Małe drzwiczki, nad którymi widniał wielki cmentarny krzyż z prostego drzewa, pomalowany czarno otworzyły się z trudnością; odźwierny wpuścił chłopca do niskiego i ciemnego pokoju, którego ściany, bielone wapnem, strojne były dwoma wielkimi obrazami sczerniałymi od starości. Tam zostawił Juliana samego; chłopiec był wpół żywy, serce biło mu jak młotem, czułby się szczęśliwy, gdyby się odważył płakać. Grobowa cisza panowała w całym domu.