Julian nie mógł znieść tego spojrzenia, wyciągnął rękę, jak gdyby chcąc się oprzeć o coś i runął jak długi na podłogę.

Ksiądz zadzwonił. Julian nie stracił przytomności; nie widział tylko nic i nie mógł się poruszać; ale słyszał kroki.

Podniesiono go, posadzono na fotelu. Usłyszał, jak straszny człowiek mówi do odźwiernego:

— Widać mą wielką chorobę39; tego nam jeszcze brakowało.

Skoro Julian zdołał otworzyć oczy, człowiek o czerwonej twarzy znowu pisał; odźwierny znikł... „Trzeba być mężnym — rzekł sobie nasz bohater — a zwłaszcza kryć to, co się czuje. — (Doznawał gwałtownego bólu w sercu). — Jeśli dostanę ataku, Bóg wie, co o mnie pomyślą”.

Wreszcie ksiądz przestał pisać i rzekł, patrząc spod oka na Juliana.

— Możesz odpowiadać?

— Tak, ojcze — rzekł Julian słabym głosem.

— No, to wielce szczęśliwie.

Człowiek w czerni podniósł się nieco, szukając z niecierpliwością jakiegoś listu w szufladzie, która zaskrzypiała przy otwieraniu. Znalazł, usiadł z wolna i rzekł, patrząc znowu na Juliana z miną odbierającą chłopcu resztkę życia: