— Ale, ale! Czy wiesz? Matka twoich wychowanków popadła w ostateczną dewocję.
Mówił to swobodnym tonem, który sprawia tak osobliwe wrażenie na duszy owładniętej namiętnością, kiedy ktoś potrąci nieświadomie jej najdroższe uczucia.
— Tak, mój drogi, w dewocję najcięższego kalibru. Powiadają, że odbywa pielgrzymki. Ale, na wiekuisty wstyd księdza Maslon, który tak długo szpiegował biednego księdza Chélan, pani de Rênal odprawiła go z kwitkiem. Spowiada się w Dijon albo w Besançon.
— Bywa w Besançon! — zawołał Julian, oblewając się pąsem.
— Dość często — odparł Fougué.
— Masz przy sobie „Constitutionnel”?
— Co? — odparł Fouqué.
— Pytam, czy masz „Constituteonnel”? — powtórzył Julian najspokojniej w świecie. — Sprzedają go tu po trzydzieści su za numer.
— Jak to! Liberalizm nawet w seminarium! — wykrzyknął Fouqué. — Biedna Francja! — dodał, przybierając obleśny i słodkawy głos księdza Maslon.
Odwiedziny te sprawiłyby na naszym bohaterze głębokie wrażenie, gdyby zaraz nazajutrz odezwanie się owego młodziutkiego seminarzysty z Verrières, który zdawał się Julianowi takim dzieckiem, nie otwarło mu oczu na ważne odkrycie. Od przybycia do seminarium postępowanie Juliana było jedynie szeregiem fałszywych kroków. Zaśmiał się z goryczą z samego siebie.