— W Verrières — ciągnął spokojnie Julian — bracia bili mnie, kiedy im dawałem powód do zawiści...
— Do rzeczy! Do rzeczy! — wykrzyknął ksiądz Pirard nieprzytomny z wściekłości.
Niezatrwożony bynajmniej Julian podjął opowiadanie:
— Skorom przybył do Besançon koło południa, byłem głodny, wszedłem do kawiarni. Serce moje zdejmował wstręt do tak plugawego miejsca, ale sądziłem, że śniadanie wypadnie mi tam taniej niż w gospodzie. Dama wyglądająca na właścicielkę wzruszyła się moim nieśmiałym wejrzeniem. „Besançon pełne jest hultajów — rzekła — boję się o pana. Gdyby się panu zdarzyło co złego, zwróć się pan do mnie, prześlij do mnie przed ósmą. Jeśli odźwierny nie zechce spełnić pańskiego zlecenia, powiedz pan, że jesteś moim krewnym, rodem z Genlis...”
— Każę sprawdzić tę gadaninę! — wykrzyknął ksiądz Pirard, który nie mogąc wytrwać w miejscu, przechadzał się po pokoju. — Ruszaj do celi!
Ksiądz udał się za Julianem i zamknął go na klucz. Chłopiec wziął się natychmiast do przetrząśnięcia walizy, na której dnie nieszczęsna kartka była starannie ukryta. Nic nie brakło w walizie, ale rzeczy były poprzewracane; a przecież miał zawsze klucz przy sobie! „Co za szczęście — myślał Julian — że w czasie mej ślepoty nie skorzystałem nigdy z pozwolenia wyjścia: rozumiem teraz dobroć, z jaką ksiądz Castanède ofiarowywał mi je tak często. Może skusiłbym się zmienić ubranie i odwiedzić piękną Amandę; zgubiłbym się. Skoro ten plan zawiódł wówczas, aby nie zmarnować poszlaki, użyto jej do denuncjacji”.
W dwie godziny później rektor zawołał Juliana.
— Nie skłamałeś — rzekł patrząc mniej surowo — ale przechowywać taki adres to nierozwaga, z której nie możesz sobie nawet zdać sprawy. Nieszczęsne dziecko! Za dziesięć lat jeszcze może ci to zaszkodzić.
XXVII. Pierwsze doświadczenie
Współczesność, wielki Boże! To Arka święta: blada temu, kto jej dotknie.