Zadzwoniono na wykład historii kościelnej.

Młodym kmiotkom, tak drżącym przed ciężką pracą i przed rodzicielską nędzą, ksiądz Castanède wykładał tego dnia, iż rząd, owa instytucja tak straszna w ich oczach, posiada istotną i prawą władzę jedynie dzięki pełnomocnictwu zastępcy bożego na ziemi.

— Stańcie się godni łask papieża świętością życia, posłuszeństwa, bądźcie jako kij w jego ręku — dodał — a każdy z was otrzyma świetną posadę, na której będzie władał samodzielnie, bez kontroli, posadę niewzruszoną, której dochody pokrywa w jednej trzeciej rząd, w dwóch trzecich zaś wierni urobieni waszą wymową.

Wychodząc z klasy, ksiądz Castanède zatrzymał się na dziedzińcu.

— O proboszczu można z całą słusznością powiedzieć, że wartość miejsca zależy od człowieka — rzekł do uczniów, którzy otoczyli go kołem. — Sam znałem zapadłe górskie parafie, które przynosiły więcej niż niejedno probostwo w mieście: i to w samej gotowiźnie, nie licząc tłustych kapłonów, a jajek, a świeżego masła, tysiąca miłych drobnostek... Ksiądz jest tam, bez kwestii, pierwszą figurą: nie ma większego obiadu, aby go nie proszono, nie goszczono etc.

Ledwie ksiądz Castanède odszedł, uczniowie podzielili się na grupy. Julian nie należał do żadnej; zastawiono go jak parszywą owcę. W każdej gromadzie jakiś uczeń rzucał grosz w górę: jeśli zgadł, na którą stronę padnie, koledzy wnosili, iż niebawem otrzyma tłuste probostwo.

Później następowały anegdoty. Młody księżyk, ledwie od roku wyświęcony, ofiarowawszy oswojonego królika służącej starego proboszcza, uzyskał to, że ksiądz powołał go na wikarego, wkrótce zaś potem (proboszcz umarł rychło) zajął jego miejsce w dobrej parafii. Inny znów wcisnął się jako następca starego, sparaliżowanego księdza, zabawiając go przy stole i krając mu zręcznie kurczęta.

Seminarzyści, jak zresztą młodzi adepci wszelkich zawodów, przeceniają znaczenie tych środeczków działających na ich wyobraźnię swą niezwykłością.

„Muszę — powtarzał sobie Julian — włożyć się do43 tych rozmów”.

Kiedy nie rozmawiano o kiełbaskach z kapustą i o tłustych probostwach, rozmawiano o świeckim zastosowaniu zasad duchownych, o sprawach między biskupami i prefektami, między merem a proboszczem. W oczach Juliana rodziło się pojęcie jakby drugiego Boga, ale Boga o wiele groźniejszego i potężniejszego niż tamten: ten drugi Bóg to był papież. Powiadano sobie, zniżając głos, kiedy była pewność, że ksiądz Pirard nie słyszy, że jeśli papież nie zadaje sobie trudu mianowania wszystkich prefektów i merów we Francji, to dlatego, iż powierzył ten trud królowi, mianując go starszym synem Kościoła.