Od czasu nowej godności Juliana rektor Pirard uważał, aby z nim nigdy nie mówić na osobności. Była to ostrożność wskazana tak ze względu na przełożonego, jak na ucznia: ale zwłaszcza była to próba. Niewzruszoną zasadą surowego jansenisty Pirarda było: gdy dany człowiek wart jest coś w twoich oczach, stawiaj mu przeszkody we wszystkich jego życzeniach i zamiarach. Jeśli wartość jest istotna, zdoła zwyciężyć albo ominąć przeszkody.
Był to czas polowania. Fouqué wpadł na myśl, aby posłać do seminarium jelenia i dzika, niby od rodziców Juliana. Złożono zwierzynę w przejściu między kuchnią a refektarzem; tam ujrzeli ją seminarzyści, idąc na obiad. Ciekawość była ogromna. Dzik, choć martwy, budził lęk w najmłodszych; dotykali jego kłów. Cały dzień mówiono tylko o tym.
Dar ten, wznosząc rodzinę Juliana do wyżyn powszechnego szacunku, zadał śmiertelny cios zazdrości. Urok dobrobytu uświęcił jego wyższość. Chazel i najwybitniejsi koledzy zaczęli mu nadskakiwać: maluczko, a byliby mu robili wyrzuty, że ich nie uprzedził o swej zamożności i tym samym naraził na możliwość chybienia szacunku pieniądzom.
Nadszedł pobór do wojska; Juliana zwolniono jako seminarzystę. Okoliczność ta wzruszyła go głęboko. „Oto więc minęła na zawsze chwila, w której przed dwudziestu laty zaczęłoby się dla mnie życie bohatera!”
Przechadzając się w ogrodzie, usłyszał rozmowę dwóch murarzy naprawiających coś koło muru.
— I cóż, trzeba iść, nowy pobór!
— Gdyby to za niego, niechby! Murarz zostawał oficerem, generałem; ho, ho! widzieli to ludzie.
— Aha, właśnie! Teraz same dziady idą. Kto ma za co, zostaje w domu.
— Biedak zostanie biedakiem i tyle!
— Słuchaj no, czy to prawda, co mówią, że on umarł? — wtrącił trzeci murarz.