Kradziono mu drzewo w drewutni, otruto psa etc.

Ukończywszy list, ksiądz kazał zbudzić Juliana, który o ósmej już spał, jak wszyscy seminarzyści.

— Wiesz, gdzie jest pałac biskupi? — rzekł doń w wytwornej łacinie — zanieś ten list Jego Dostojności. Nie będę ci ukrywał, że posyłam cię do jaskini wilków. Zmień się cały we wzrok i w słuch. Wystrzegaj się w odpowiedziach wszelkiego kłamstwa; ale pamiętaj, że ten, kto cię pyta, znalazłby może szczerą przyjemność w tym, aby ci zaszkodzić. Rad jestem, dziecko, że mogę przed odejściem użyczyć ci tego doświadczenia, nie będę ci bowiem taił, że list, który niesiesz, zawiera dymisję.

Julian stał nieruchomy, kochał księdza Pirard. Daremnie wyrachowanie mówiło mu:

„Po ustąpieniu tego zacnego człowieka stronnictwo Serca Jezusowego usunie mnie z posady, a może wypędzi!”

Nie mógł myśleć o sobie. Obracał w głowie zdanie, które chciał ubrać w grzeczną formę i nie umiał.

— I cóż, chłopcze, nie idziesz?

— Bo, proszę ojca — rzekł nieśmiało Julian — powiadają, że przez cały czas rektoratu ojciec nic nie odłożył. Mam sześćset franków.

Łzy nie pozwoliły mu mówić.

I to będzie zapisane — rzekł chłodno rektor. — Idź do biskupa, późno jest.