— Nigdym nie mówił — odparł Julian — widziałem ją w kościele.

— Aleś patrzył na nią, bezwstydne ladaco?

— Nigdy! W kościele widzę tylko Boga — dodał Julian z obłudną miną, stanowiącą w jego mniemaniu tarczę przeciw nowym uderzeniom.

— Coś w tym siedzi — mruknął chytry kmiotek i zamilkł na chwilę — ale z ciebie nic nie wycisnę, obłudniku przeklęty. Mniejsza z tym, uwolnię się od ciebie, a tartak tylko skorzysta. Pozyskałeś sobie proboszcza czy innego diabła, który ci się wystarał o ładną posadę. Idź spakować rzeczy, zaprowadzę cię do pana de Rênal, gdzie będziesz preceptorem przy dzieciach.

— Cóż za to dostanę?

— Życie, ubranie i trzysta franków rocznie.

— Ja nie chcę być lokajem.

— Tumanie, kto mówi o lokaju? Czy ja bym pozwolił, aby mój syn był lokajem?

— Ale z kim będę jadał?

Pytanie to zbiło z tropu starego; uczuł, że mówiąc więcej, mógłby strzelić bąka; uniósł się na Juliusza, którego zasypał obelgami wyrzucając mu łakomstwo, po czym odszedł, aby się naradzić z synami.