— Nie skacz, zabijesz się! — to była jej jedyna odpowiedź i jedyna obawa.

Odprowadziła go do okna, następnie ukryła odzież. Wreszcie poszła otworzyć mężowi pieniącemu się z gniewu. Przepatrzył bez słowa pokój, alkierz i znikł. Pani de Rênal rzuciła Julianowi ubranie, pochwycił je i zbiegł pędem ku rzece.

Biegnąc, usłyszał świst kuli i równocześnie prawie strzał z fuzji.

„To nie pan de Rênal — pomyślał — zanadto źle ktoś strzela jak na niego”. Psy biegły obok Juliana w milczeniu, drugi strzał strzaskał widocznie łapę psu, który zaczął wyć żałośnie. Julian zeskoczył z terasy, przebiegł pod jej zasłoną jakie pięćdziesiąt kroków, po czym zaczął uciekać w innym kierunku. Usłyszał nawołujące się głosy, ujrzał wyraźnie służącego, swego wroga, jak pali doń z fuzji; jakiś chłop strzelił również z drugiej strony; ale już Julian dobił rzeki.

Ubrał się śpiesznie. W godzinę potem, był o milę od Verrières, na drodze do Genewy. „Jeśli się czegoś domyślą, będą mnie szukali na drodze do Paryża”.

XXXI. Przyjemności wiejskie

O rus, quando ego te aspiciam!

Horacy.

— Pan czeka zapewne na dyliżans do Paryża? — spytał właściciel gospody, gdzie Julian zatrzymał się na śniadanie.

— Dzisiejszy, jutrzejszy, wszystko mi jedno — rzekł Julian.