Julian pojawiał się dość często w operze w towarzystwie kawalera de Beauvoisis, co wywoływało komentarze.
— Słuchaj no — rzekł jednego dnia pan de la Mole — jesteś tedy naturalnym synem szlachcica z Franche-Comté, mego serdecznego przyjaciela?
Julian próbował się tłumaczyć, że w niczym nie przyczynił się do tych pogłosek.
— Pan de Beauvoisis nie chciał, aby wiedziano, że się bił z synem cieśli...
— Wiem, wiem — przerwał mu pan de la Mole — ode mnie teraz zależy ustalić tę wersję, która zresztą jest mi na rękę. Chciałem cię też prosić o jedną grzeczność, która ci zajmie ledwie pół godziny dziennie: co wieczór, o wpół do dwunastej bądź w przedsionku Opery, wówczas kiedy towarzystwo opuszcza teatr. Widzę u ciebie jeszcze pewne prowincjonalne nawyczki, trzeba się tego wyzbyć; zresztą nieźle jest znać bodaj z widzenia wysokie osobistości, do których mogę ci dać kiedy zlecenie. Zgłoś się do kancelarii, poleciłem, aby ci wydano bilet.
XXXVII. Atak podagry
I otrzymałem awans, nie dla zasług, ale ponieważ mój przełożony miał podagrę.
Bertolotti.
Czytelnik czuje się może zdziwiony tym swobodnym, niemal przyjacielskim tonem; zapomnieliśmy powiedzieć, że od sześciu tygodni margrabiego więziła w domu podagra. Panna de la Mole bawiła z matką w Hyères u babki. Hrabia Norbert zachodził do ojca tylko na chwilę; bardzo byli dobrze z sobą, ale nie mieli sobie nic do powiedzenia. Pan de la Mole, skazany na towarzystwo Juliana, zauważył ze dziwieniem inteligencję chłopca. Kazał sobie czytywać dzienniki. Niebawem młody sekretarz nauczył się wybierać zajmujące ustępy. Powstał wówczas nowy dziennik, którego margrabia nienawidził; przysiągł, że nigdy go nie będzie czytał, a co dzień o nim mówił. Julian śmiał się. Margrabia, obrażony na współczesność, kazał sobie czytywać Liwiusza, bawił go improwizowany przekład łacińskiego tekstu.
Jednego dnia margrabia rzekł z ową nadzwyczajną grzecznością, która często niecierpliwiła Juliana: