„Mam dziewiętnaście lat! — myślała — to wiek szczęścia, mówią wszystkie te dudki o złoconych brzegach”. Spojrzała na dziesiątek tomów z nowymi poezjami, nagromadzonych w czasie jej nieobecności na konsoli w salonie. Na swoje nieszczęście miała więcej rozumu od panów de Croisenois, de Caylus, de Luz i innych przyjaciół. Wyobrażała sobie wszystko, co jej powiedzą o pięknym niebie Prowansji, o poezji, Południu, etc., etc.

Piękne oczy, w których odbijał się wyraz nudy i, co gorsza, zwątpienia o możliwości zabawy, zatrzymał się na Julianie. „Ten przynajmniej jest nieco inny”.

— Panie Sorel — rzekła owym jasnym, ostrym głosem, niemającym nic kobiecego, którym wszelako posługują się kobiety z wielkiego świata — panie Sorel, czy pan będzie dziś na balu u księcia de Retz?

— Pani, nie miałem zaszczytu być przedstawionym księciu. — (Zdawałoby się, że te słowa i ten tytuł ranią usta dumnego plebejusza).

— Zalecił memu bratu, aby pana przyprowadził; niech pan przyjdzie, opowie mi pan coś o Villequier; jest projekt, aby się tam wybrać na wiosnę. Chciałabym wiedzieć, czy zamek jest możliwy do mieszkania i czy okolica w istocie tak piękna, jak mówią. Tyle jest rzeczy przechwalonych!

Julian milczał.

— Niech pan przyjdzie na bal z bratem — dodała oschle.

Julian skłonił się. „Zatem nawet na balu mam obowiązek składać raporty wszystkim członkom rodziny! Czyż nie jestem płatnym rządcą?” (Zły humor Juliana wzrastał.) „Kto wie jeszcze, czy to, co powiem pannie, nie będzie krzyżowało zamiarów ojca, matki. To istny dwór udzielnego księcia. Trzeba by być zupełnym zerem, a mimo to dogodzić wszystkim”.

„Niesympatyczna dziewczyna! — myślał, patrząc za oddalającą się panną, którą matka wezwała, aby ją przedstawić paru przyjaciółkom. — Przesadza każdą modę; suknia spada jej z ramion; jest jeszcze bledsza niż przed podróżą... Cóż za bezbarwne włosy, tak nieprawdopodobnie jasne, rzekłby kto, iż światło przechodzi przez nie na wskroś... Co za duma w ukłonie, w spojrzeniu! Cóż za ruchy królowej!”

Panna de la Mole skinęła na brata w chwili, gdy opuszczał salon.