Ale nie; albo jestem szalony, albo ona durzy się we mnie: im bardziej jestem chłodny i pełen szacunku, tym bardziej ona szuka mego towarzystwa. To by mogło być rozmyślne, udane: ale wszak widzę, jak oczy jej się ożywiają, skoro zjawię się niespodziewanie. Czyżby paryżanki umiały do tego stopnia grać komedię? Ba, cóż! Pozory są za mną, cieszmy się pozorami. Boże, jakaż ona piękna! Ileż uroku mają dla mnie te wielkie oczy, oglądane z bliska, kiedy tak na mnie patrzą! Cóż za różnica tej wiosny z zeszłym rokiem, kiedy żyłem tak nieszczęśliwy, trzymając się jedynie siłą charakteru pośród trzystu złych i plugawych obłudników! Byłem prawie równie nikczemny jak oni”.

Bywały i dni zwątpienia. „Ta dziewczyna drwi sobie ze mnie — myślał. — Porozumiała się z bratem, aby mnie wystrychnąć na dudka. Ale zdawałoby się, że tak szczerze gardzi niedołęstwem brata! «Jest odważny, to i wszystko», powiada. «Nie ma ani jednej myśli, w której by się ważył oddalić od szablonu». Zawsze ja muszę stawać w jego obronie. Dziewiętnastoletnia dziewczyna! Czyż w tym wieku można minutę po minucie trzymać się programu obłudy?

Z drugiej strony, ilekroć ona wlepi we mnie swe duże, niebieskie oczy z pewnym szczególnym wyrazem, zawsze hrabia Norbert oddala się. To mi jest podejrzane; czyż nie powinno by go oburzać, że siostra jego wyróżnia domownika? Bo słyszałem, jak książę de Chaulnes wyrażał się o mnie w ten sposób”. Na to wspomnienie gniew tłumił w Julianie inne uczucia. „Byłżeby to kult staroświeckiego stylu u tego starego maniaka?”

„Więc cóż, ładna jest! — rozmyślał dalej Julian z oczami błyszczącymi jak u tygrysa. — Będę ją miał, a potem pójdę stąd i biada temu, kto mi zastąpi drogę!”

Zagadnienie to pochłonęło Juliana, nie mógł myśleć o niczym innym. Dnie spływały mu jak godziny. Co chwila, kiedy silił się zająć jaką poważną sprawą, myśl jego rzucała wszystko; w kwadrans później budził się z bijącym sercem, z zamętem w głowie, dumając: „Czy ona mnie kocha?”

XLI. Królestwo młodej panny

Podziwiam jej piękność, ale boję się jej rozumu.

Mérimée.

Tak Julian trawił czas na rozpamiętywaniu wdzięków Matyldy lub oburzał się na jej wrodzoną wyniosłość, o której zresztą zapominała dla niego. Gdyby był ten czas obrócił na obserwowanie tego, co się dzieje w salonie, zrozumiałby, na czym polega władza tej panny. Z chwilą gdy ktoś nie był po myśli pannie de la Mole, umiała go skarać za pomocą tak celnego, tak dobrze obmyślonego, tak niewinnego na pozór żarciku, że zadana przez nią rana jątrzyła się długo i boleśnie. Ponieważ nie przywiązywała żadnej wartości do rzeczy będących treścią życia dla całej rodziny, zachowała na wszystko obojętne spojrzenie. Miło jest pochwalić się bytnością w arystokratycznym salonie skoro się go opuści, ale to wszystko; sama grzeczność może mieć urok jedynie przez pierwsze dni. Julian doświadczył tego na sobie; po zachwytach nastąpiło rozczarowanie. „Grzeczność — powiadał sobie — to tylko brak odruchów złego wychowania”. Matylda nudziła się często: może nudziłaby się wszędzie. Wówczas złośliwe żarciki stanowiły dla niej szczerą rozrywkę i przyjemność.

Jeśli dała jakie nadzieje margrabiemu de Croisenois, hrabiemu de Caylus i paru dystyngowanym młodzieńcom, to może dlatego, aby zyskać ofiary nieco zabawniejsze od rodziców, od starego akademika, i od paru podrzędnych figur zabiegających o jej względy. Widziała w nich jedynie nowy cel dla pocisków.