Mój Julianek przeciwnie, lubi działać tylko sam. Nigdy w tej wyjątkowej naturze nie postanie myśl szukania pomocy i oparcia u drugich! Gardzi drugimi i dlatego ja nim nie gardzę. Gdyby przy swym ubóstwie Julian był szlachcicem, miłość moja byłaby tylko pospolitym głupstwem, płaskim mezaliansem; nie miałaby tego, co cechuje wielką namiętność; bezmiaru trudności do zwalczenia i tragicznej niepewności wyniku”.

Panna de la Mole była tak przejęta tymi rojeniami, że nazajutrz bezwiednie prawie jęła wychwalać Juliana przed margrabią de Croisenois i bratem. Rozwinęła taką wymowę, że dotknęła ich.

— Strzeż się tego chłopca i tej energii — wykrzyknął brat — skoro powtórzy się rewolucja, pośle nas wszystkich na gilotynę.

Nie odpowiedziała wprost; zaczęła żartować z brata i margrabiego z powodu lęku, jaki w nich budzi energia. Jest to w gruncie jedynie obawa spotkania się z czymś nieprzewidzianym, lęk, że się nie zdoła sprostać temu czemuś...

— Zawsze, zawsze, panowie, obawa śmieszności; potwora, który na szczęście umarł w roku 1816.

„Nie ma już śmieszności — mawiał pan de la Mole — w kraju, gdzie są dwa stronnictwa”.

Córka zrozumiała jego myśl.

— Tak więc, panowie — rzekła do przeciwników Juliana — będziecie drżeć ze strachu całe życie, a potem powiedzą wam:

Nie było zgoła wilka, był tylko cień jego.

Matylda pożegnała ich. Odezwanie brata przejęło ją zgrozą i lękiem, ale nazajutrz widziała w nim już tylko najwyższą pochwałę.