Wszystkie te domysły o nieprawym pochodzeniu wydały się panom Caylus i de Croisenois w złym guście; oto jedyne wrażenie, jakie odnieśli z wywodów Matyldy.

Słowa siostry były tak jasne, że Norbert, mimo iż tak przez nią zawojowany, przybrał poważną minę, niezbyt, trzeba to przyznać, odpowiednią dla jego uśmiechniętej i poczciwej fizjonomii. Odważył się rzec kilka słów.

— Czyś ty chory, mój drogi? — odparła Matylda z poważną minką. — Musi być z tobą bardzo źle, skoro odpowiadasz na żart morałami. Ty i morały! Czyżbyś się ubiegał o posadę prefekta?

Urażona mina hrabiego de Caylus, zły humor Norberta i milcząca rozpacz pana de Croisenois zatarły się rychło w pamięci Matyldy. Musiała się zdobyć na postanowienie wobec myśli, która przemożnie zawładnęła jej duszą.

„Julian jest ze mną dość szczery — rzekła sobie — w jego wieku, na podrzędnym stanowisku, przy tej dręczącej go ambicji można odczuwać potrzebę przyjaciółki. Jestem może tą przyjaciółką, ale nie widzę w tym miłości. Przy takim charakterze jak jego, wyznałby mi tę miłość”.

Ta niepewność, te roztrząsania wypełniły wszystkie chwile Matyldy. Po każdej rozmowie z Julianem znajdowała nowe argumenty; nuda, która ją trapiła dotąd, pierzchła.

Jako córka wybitnego człowieka, który mógł zostać ministrem i zwrócić duchowieństwu jego lasy, panna de la Mole była w Sacré-Coeur przedmiotem bezmiernych pochlebstw. Szkody, jakie stąd powstają, są nie do powetowania. Wmówiono w nią, że dzięki swemu urodzeniu, bogactwu, powinna być szczęśliwsza od innych. Jest to źródło nudy monarchów oraz ich szaleństw.

Matylda nie uniknęła tego zgubnego oddziaływania. Mimo całej inteligencji dziesięcioletnie dziecko nie może się opancerzyć przeciw pochlebcom całego klasztoru i to tak uzasadnionym na pozór.

Z chwilą gdy orzekła, że kocha Juliana, przestała się nudzić. Co dzień czuła się szczęśliwsza, że zdobyła się na wielkie uczucie. „To niebezpieczna zabawka — myślała. — Tym lepiej! Och, tym lepiej!”

„Bez wielkiej namiętności umierałam z nudy w najpiękniejszym okresie życia, między szesnastym a dwudziestym rokiem. Straciłam już najlepsze lata, słuchając zrzędzenia matczynych przyjaciółek, które w 1792 w Koblencji nie były podobno tak surowe jak ich dzisiejsze morały”.