Żaden wyrzut, żadna wymówka nie zepsuły tej nocy, która wydała się Julianowi bardziej dziwna niż szczęśliwa. Cóż za różnica, wielki Boże, z ostatnią dobą w Verrières! „Te paryskie maniery potrafią wszystko zepsuć, nawet miłość” — powiadał w bezmiernej niesprawiedliwości.
Myślom tym oddawał się stojąc w wielkiej mahoniowej szafie, gdzie go ukryła Matylda za pierwszym szmerem w sypialni pani de la Mole. Matylda udała się z matką na mszę, pokojówki opuściły niebawem apartament i nim wróciły sprzątnąć, Julian wymknął się z łatwością.
Siadł na konia i zapuścił się w lasy w okolicy Paryża. Był bardziej zdumiony niż szczęśliwy. Szczęście, które od czasu do czasu wypełniało jego duszę, podobne było do uczuć młodego podporucznika, którego wskutek jakiegoś zdumiewającego czynu wódz zamianował z miejsca pułkownikiem; czuł się wyniesiony na olbrzymią wyżynę. Wszystko, co poprzedniego dnia było powyżej niego, znalazło się na równi lub niżej. Stopniowo, w miarę oddalenia, szczęście Juliana rosło.
Jeśli w uczuciach jego nie było tkliwości, to dlatego, że — mimo iż słowo to może się wydać dziwne — Matylda w całym postępowaniu dopełniła niejako obowiązku. We wszystkich wypadkach tej nocy nie było dla niej nic nieprzewidzianego prócz męki i wstydu, które znalazła w miejsce owej doskonałej błogości opisywanej w powieściach.
„Czyżbym się omyliła, czyżbym go wcale nie kochała?” — rzekła sobie.
XLVII. Stara szpada
I now mean to be serious; it is time.
Since laughter now-a-days is deem’d too serious.
A just at cive by virtue’s called a crime.
Don Juan, XII.