Pędem wbiega po drabinie, puka w żaluzje; po chwili Matylda słyszy go, chce otworzyć okno, drabina nie puszcza: Julian czepia się żelaznego pręta służącego do przytrzymywania żaluzji i narażając się na spadnięcie, popycha gwałtownie drabinę i usuwa ją nieco. Matylda może otworzyć.

Wpada do pokoju ledwie żywy.

— Więc to ty! — mówi Matylda, rzucając mu się w ramiona.

*

Któż zdoła opisać bezmiar szczęścia Juliana? Szczęście Matyldy było niemal równie wielkie. Obsypywała się wyrzutami, oskarżała się przed nim.

— Ukarz mnie za mą piekielną dumę — mówiła, dławiąc go w ramionach. — Jesteś mój pan, ja twoja niewolnica, powinnam cię na kolanach błagać o przebaczenie za to, że chciałam się buntować. — Wysuwała mu się z ramion, aby mu paść do nóg. — Tak, ty jesteś moim panem — mówiła pijana jeszcze szczęściem i miłością — panuj zawsze nade mną, karz swą niewolnicę, kiedy się zechce buntować.

To znów za chwilę wydziera się z jego objęć, zapala świecę i Julian musi używać wszystkich sił, aby ją powstrzymać w chwili, gdy chce sobie uciąć całą połać włosów.

— Niech mi to przypomina — mówiła — że jestem twą niewolnicą; jeżeli kiedy ta ohydna duma mnie opęta, pokaż mi te włosy i powiedz: nie chodzi już o miłość, nie chodzi o wzruszenia, jakich możesz doznawać w tej chwili; przysięgałaś słuchać, honor nakazuje ci słuchać.

Ale roztropniej jest poniechać opisu tych szaleństw i upojeń.

Charakter Juliana okazał się na wyżynie jego szczęścia.