— Pani de Dubois.

— Cóż za nazwisko — rzekł książę, parskając śmiechem — ale przepraszam, dla ciebie jest wspaniałe. Chodzi o to, aby widywać co dzień panią de Dubois; nie bądź zwłaszcza chłodny ani urażony; przypomnij sobie wielką zasadę epoki: bądź przeciwieństwem tego, czego po tobie oczekują. Okazuj się ściśle taki, jakim byłeś tydzień wprzód, nim cię zaszczyciła swymi łaskami.

— Och! Byłem wówczas spokojny — wykrzyknął Julian z rozpaczą — myślałem, że nią gardzę...

— Motyl spala się od świecy — ciągnął książę — porównanie stare jak świat.

1° Będziesz ją widywał co dzień.

2° Będziesz się zalecał do którejś z jej przyjaciółek, ale bez pozorów namiętności, rozumiesz? Nie taję ci, rola twoja jest trudna; masz grać komedię, a jeśli wyda się, że grasz, jesteś zgubiony.

— Ona ma tyle sprytu, a ja tak mało! Jestem zgubiony — rzekł Julian smutnie.

— Nie, jesteś tylko bardziej zakochany, niż myślałem. Pani de Dubois jest głęboko zajęta sobą, jak wszystkie kobiety, którym Bóg dał albo za wiele szlachectwa albo za wiele pieniędzy. Przygląda się sobie, zamiast przyglądać się tobie, tym samym nie zna cię. W czasie kilku paroksyzmów miłości, na jakie z wielkim wysiłkiem wyobraźni się zdobyła, widziała w tobie wymarzonego bohatera, nie to, czym jesteś w istocie. Cóż u diabła, toż to elementarz, drogi Sorel; czy z ciebie zupełny uczniak?

Brawo! wstąpmy do tego magazynu; cóż za wspaniały czarny halsztuk, można by rzec, że wyszedł z pracowni Johna Anderson, przy Burlingtonstreet. Zrób to dla mnie i kup go sobie, wyrzuć oknem ten czarny postronek, który masz na szyi.

A, ba — ciągnął książę, wychodząc z najwykwintniejszego sklepu w Strasburgu — w jakim świecie obraca się pani de Dubois? Wielkie bogi! Co za nazwisko! Nie gniewaj się, drogi Sorel, ale to nad moje siły... Do kogo będziesz się zalecał?