Podczas całego poważnego wywodu don Diego Julian pilnie nasłuchiwał godzin, które wydzwaniał zegar pałacowy.
Zbliżała się pora obiadu, miał tedy ujrzeć Matyldę! Udał się do siebie i ubrał się bardzo starannie.
— Pierwsze głupstwo — mruknął idąc po schodach — trzeba dosłownie spełnić zlecenia księcia.
Wrócił do siebie i włożył najskromniejszy strój podróżny.
„A teraz — pomyślał — chodzi o spojrzenia”. Było dopiero wpół do szóstej, obiad był o szóstej. Julian zeszedł do salonu; nie było nikogo. Na widok niebieskiej kanapki łzy napłynęły mu do oczu; policzki zaczęły go palić. „Trzeba się uporać z tą głupią czułostkowością — rzekł z gniewem — zdradziłbym się”. Wziął dziennik, aby sobie dodać swobody i przeszedł się kilka razy z salonu do ogrodu.
Drżąc cały, ukryty za wielkim dębem, ledwie ośmielił się spojrzeć w okno panny de la Mole. Było szczelnie zamknięte; Julian omal nie upadł; długi czas stał tak oparty o dąb, następnie chwiejnym krokiem poszedł obejrzeć drabinę.
Łańcucha skruszonego przezeń w tak odmiennych, niestety, okolicznościach, dotąd nie naprawiono. Oszalały Julian przycisnął go do ust.
Nabłądziwszy się długo, Julian uczuł się straszliwie znużony; rad był z tej pierwszej zdobyczy. „Będę miał zgaszone spojrzenie i nie zdradzę się!” Pomału goście zaczęli napływać do salonu; każde otwarcie drzwi przejmowało śmiertelnym wzruszeniem serce Juliana.
Zajęto miejsca. Wreszcie zjawiła się panna de la Mole, spóźniona jak zwykle. Zarumieniła się na widok Juliana; nie wiedziała nic o jego powrocie. Zgodnie ze wskazówką Korazowa, Julian popatrzył na jej ręce i ujrzał, że drżą. Zmieszany nad wszelki wyraz tym odkryciem, zdołał ukryć swe szczęście pod maską znużenia.
Pan de la Mole rzucił mu kilka słów pochwały. W chwilę później zwróciła się doń margrabina, winszując mu jego zmęczonej miny; Julian powtarzał sobie co chwila: „Nie powinienem zbytnio się przyglądać pannie, ale nie należy też uciekać z oczami. Trzeba być takim, jakim byłem w istocie na tydzień przed swym nieszczęściem...”