LVII. Najpiękniejsze porady duchowne

Praca! talent! zasługi! ba! przede wszystkim trzeba należeć do jakiejś koterii.

Telemak.

Tak więc myśl o infule zjednoczyła się pierwszy raz z myślą o Julianie w głowie kobiety, która wcześniej lub później miała rozporządzać najtłustszymi posadami we francuskim kościele. Korzyść ta nie byłaby wzruszyła Juliana, w tej chwili myśl jego nie ogarniała nic poza obecnym nieszczęściem; wszystko je potęgowało, widok własnego pokoju stał mu się nieznośny. Wieczorem, kiedy wracał ze świecą, każdy mebel, każdy ornament jak gdyby mówił do niego, głosząc cierpko jakiś nowy, szczegół jego cierpienia.

— Dziś bodaj mam przymusowe roboty — rzekł, wchodząc do pokoju z od dawna już nieznaną żywością — miejmy nadzieję, że drugi list będzie równie nudny jak pierwszy.

Był jeszcze nudniejszy. Wydał mu się tak głupi, że w końcu kopiował wiersz po wierszu, nie myśląc o sensie.

„To jeszcze bardziej napuszone — myślał — niż oficjalne dokumenty münsterskiego traktatu, które mój profesor dyplomacji dał mi do przepisywania w Londynie”.

Wówczas dopiero przypomniał sobie listy pani de Fervaques, których oryginałów zapomniał zwrócić poważnemu Hiszpanowi. Odszukał je: były niemal równie górnolotne jak listy rosyjskiego panka. Zupełna mgła; mogły zaznaczyć wszystko i nic. „To harfa eolska stylu — myślał Julian. — Wśród najwznioślejszych maksym o nicości, nieskończoności, czymś rzeczywistym jest tu tylko straszliwy lęk przed śmiesznością”.

Monolog, któryśmy tu skrócili, powtarzał się dwa tygodnie z rzędu. Usnąć, przepisując swój komentarz do apokalipsy, odnieść nazajutrz list z melancholijną miną, odprowadzić konia do stajni z nadzieją ujrzenia sukni Matyldy, pracować, wieczorem wpaść do opery, o ile pani de Fervaques nie było w pałacu de la Mole, oto jednostajne życie Juliana. Bogaciej przedstawiało się ono, kiedy pani de Fervaques zawitała do margrabiny; wówczas spod skrzydła kapelusza marszałkowej Julian mógł dojrzeć oczy Matyldy i stawał się wymowny. Jego malownicze i sentymentalne frazesy zaczęły nabierać śmielszej i wykwintniejszej formy.

Czuł, że to, co mówi, musi się wydać Matyldzie głupie, ale chciał ją olśnić dystynkcją wysłowienia. „Im bardziej to, co mówię, jest nienaturalne, tym bardziej musi się jej podobać” — myślał Julian: za czym z monstrualną śmiałością wydymał swój styl. Spostrzegł rychło, iż, aby się nie stać pospolitym w oczach marszałkowej, trzeba mu się zwłaszcza wystrzegać prostoty i rozsądku. Tej drogi trzymał się, skracając lub rozwijając swoje perory, wedle tego, czy widział uznanie czy obojętność w oczach dwóch wielkich dam, którym pragnął się podobać.