Ale często wszystkie te rozważania były bezsilne wobec okropnej rzeczywistości. Codziennie widywał Matyldę przy śniadaniu i obiedzie. Z mnogich listów, które mu dyktował pan de la Mole, wiedział, że w najbliższym czasie ma zaślubić pana de Croisenois. Sympatyczny ten człowiek bywał już dwa razy dziennie w pałacu: zazdrosne oko opuszczonego kochanka nie straciło żadnego z jego poruszeń.
Często Julian miał wrażenie, że panna de la Mole życzliwie przyjmuje swego przyszłego; wówczas, wracając do siebie, mimo woli spoglądał na pistolety.
„Ha! O ileż byłoby mądrzej wyprać znaki z bielizny i udać się do samotnego lasu dwadzieścia mil za Paryżem, aby skończyć to nędzne życie! Śmierć moja, gdzieś w obcej stronie, pozostałaby nieznana przez dwa tygodnie, a któż myślałby o mnie jeszcze po dwóch tygodniach!”
Było to bardzo dorzeczne rozumowanie. Ale nazajutrz kawałek ramienia Matyldy dojrzany między rękawkiem a rękawiczką wystarczał, aby pogrążyć młodego filozofa we wspomnieniach, które choć okrutne, wiązały go z życiem. „Więc dobrze! — powiadał sobie — doprowadzę do końca tę rosyjską taktykę. Jak się to skończy? To pewna, iż skoro przepiszę te pięćdziesiąt trzy listy, nie będę wymyślał dalszych.
Co do Matyldy, tych sześć tygodni tak uciążliwej komedii albo nie zmieni w niczym jej niechęci, albo zdobędzie mi chwilę pojednania. Wielki Boże! Umarłbym ze szczęścia. Nie mógł już o niczym myśleć”.
Po długiej zadumie zdołał wreszcie podjąć bieg swych rozważań. „Zatem — powiadał sobie — uzyskałbym dzień szczęścia, po czym odżyłaby na nowo jej niechęć, oparta, niestety! na braku warunków do podobania się jej. Wówczas nie miałbym już żadnej ucieczki; byłbym złamany, zgubiony na zawsze... Jakąż mi ona może dać rękojmię przy swoim charakterze? Mnie zaś niestety zawsze będzie zbywało wytworności manier, lekkości wysłowienia. Wielki Boże! Czemuż jestem sobą!”
LIX. Nuda
Być ofiarą namiętności, zgoda, ale namiętności, których się nie czuje! O smutny wieku XIX!
Girodet
Zrazu pani de Fervaques odczytywała długie listy Juliana obojętnie, później zaczęły ją zajmować; ubolewała jednak wciąż nad jedną rzeczą: jaka szkoda, że ten Sorel nie jest zupełnym księdzem! Można by go przyjmować na poufałej stopie; tymczasem tak, w tym świeckim ubraniu, z orderem, daje obecnością swą powód do drażliwych pytań; i wówczas co odpowiedzieć? Nie kończyła swej myśli: jaka złośliwa przyjaciółka może przypuszczać, a nawet rozgłaszać, że to jakiś pokątny kuzynek, krewniak ojca, jakiś kupczyk odznaczony w gwardii narodowej.