„Ja, nieszczęsna, naraziłam się na to, aby ktoś odtrącił moje najbezwstydniejsze awanse! I to kto? — dodawała pycha oszalała z bólu — domownik mego ojca”.
— Nie, tego nie ścierpię — rzekła głośno.
I zrywając się z wściekłością, otworzyła szufladę. Stanęła w osłupieniu, ujrzawszy dziesiątek listów nierozpieczętowanych, podobnych zupełnie do tego, który widziała przed chwilą. Na wszystkich adresach widniało pismo Juliana, mniej lub więcej zmienione.
— Zatem — wykrzyknęła wpół przytomna — nie tylko jesteś kochankiem pani de Fervaques, ale nią gardzisz! Ty, plebejusz, gardzisz marszałkową de Fervaques!
Och! przebacz mi, drogi mój — dodała, rzucając się do kolan — gardź mną, jeśli chcesz, ale kochaj mnie, nie mogę żyć dłużej bez twej miłości.
I padła wpół zemdlona.
„Leży nareszcie ta harda istota u mych nóg!” — rzekł sobie Julian.
LX. Loża w Bouffes
As the blackest sky
Foretells the heaviest tempest.