— Bezmiar mej miłości i nieszczęścia, gdybyś mnie już nie kochał — rzekła, ujmując go za ręce i zwracając się ku niemu...
Nagły ten ruch rozchylił nieco narzutkę; Julian ujrzał prześliczne ramiona. Zburzone nieco włosy przypominały mu rozkoszną chwilę...
Miał już ulec. „Jedno niebaczne słowo — pomyślał — i rozpocznę na nowo długi ciąg dni rozpaczy. Pani de Rênal znajdowała rację, aby uczynić to, co serce jej dyktowało; ta światowa panna pozwala sercu wzruszyć się jedynie wtedy, kiedy sobie dowiodła silnymi argumentami, że powinna być wzruszona”.
W mgnieniu oka ogarnął tę prawdę i w mgnieniu oka też odzyskał siłę.
Cofnął ręce, które Matylda tuliła, i z ostentacyjnym szacunkiem usunął się nieco. Nie podobna mężczyźnie dalej posunąć hartu. Zebrał rozsypane listy pani de Fervaques i dodał z pozorami grzeczności, jakże okrutnej w tej chwili:
— Panna de la Mole raczy mi pozwolić, abym się zastanowił nad tym wszystkim.
Oddalił się szybko i opuścił bibliotekę; słyszała, jak kolejno zamyka wszystkie drzwi.
„Potwór! Wcale się nie wzruszył... — myślała. — Ale co ja mówię, potwór! Jest mądry, roztropny, dobry; to ja zawiniłam więcej niż sobie można wyobrazić”.
Wytrwała w tym usposobieniu. Tego dnia Matylda była prawie szczęśliwa, cała oddała się miłości; można by rzec, że nigdy w duszy tej nie zagościła pycha, i jaka pycha!
Zadrżała ze wstrętu, kiedy wieczorem lokaj oznajmił panią de Fervaques; głos ten zabrzmiał jej złowrogo. Nie mogła znieść widoku marszałkowej, stanęła jak wryta. Julian, niezbyt dumny ze swego bolesnego zwycięstwa, uląkł się własnych spojrzeń i nie zjawił się na obiad.