Rana pani de Rênal nie była śmiertelna. Pierwsza kula przebiła kapelusz; druga dosięgła jej w chwili, gdy się odwracała. Kula ugodziła ją w ramię i, rzecz zadziwiająca, odbiła się od kości, którą strzaskała, po czym ugodziła w gotycki filar, odłupując złom kamienia.

Kiedy po długim i bolesnym opatrunku chirurg, poważny człowiek, rzekł do pani de Rênal: „Ręczę za pani życie jak za własne”, uczuła głęboki żal.

Od dawna pragnęła śmierci. List, który zmuszona przez spowiednika napisała do pana de la Mole, zadał ostatni cios tej wyczerpanej ciągłym nieszczęściem istocie. Nieszczęściem tym była rozłąka z Julianem; ona nazywała je wyrzutem. Spowiednik, młody i gorliwy kapłan, przybyły z Dijon, czytał wyraźnie w jej sercu.

„Umrzeć tak, ale nie z własnej ręki, to nie jest grzech — myślała pani de Rênal. — Bóg mi przebaczy może, że się cieszę ze śmierci”. Nie śmiała dodać, że umrzeć z ręki Juliana to szczyt szczęścia.

Ledwie pozbywszy się chirurga i przyjaciół, którzy zbiegli się tłumnie, przywołała Elizę.

— Dozorca — rzekła, rumieniąc się — to nieludzki człowiek. Z pewnością będzie się znęcał nad nim, sądząc, że mi tym sprawi przyjemność... Nie mogę znieść tej myśli. Czy nie mogłabyś się udać do niego, niby sama z siebie, i wręczyć mu zawiniątko wraz z kilkoma ludwikami. Powiesz mu, że religia nie pozwala się znęcać... ale przede wszystkim niech nikomu nie wspomina o tych pieniądzach.

Oto okoliczność, której Julian zawdzięczał ludzkie obchodzenie dozorcy; był to zawsze ów Noiroud, któremu, jak czytelnik pamięta, wizyta pana Appert napędziła takiego strachu.

Zjawił się sędzia.

— Zabiłem z rozmysłem — rzekł Julian — kupiłem i kazałem nabić pistolety u rusznikarza. Artykuł 1342 kodeksu karnego brzmi jasno, zasłużyłem na śmierć, oczekuję jej.

Sędzia, zdumiony tym sposobem zeznań, chciał jeszcze zadawać pytania, tak, aby obwiniony wsypał się w odpowiedziach.