Nazajutrz o dziewiątej, kiedy Julian opuścił więzienie, aby się udać do Pałacu Sprawiedliwości, z trudem przyszło żandarmom usunąć ciżbę w dziedzińcu. Julian spał dobrze, był bardzo spokojny i nie doświadczał innych uczuć prócz filozoficznej litości dla tłumu zawistnych, który bez okrucieństwa miał oklaskiwać wyrok śmierci. Ku wielkiemu swemu zdziwieniu, zniewolony zatrzymać się w tłumie więcej niż kwadrans, spostrzegł, że obecność jego budzi tkliwe współczucie. Nie usłyszał ani jednego wrogiego słowa. „Te łyki są lepsze niż myślałem” — powiedział sobie.
Kiedy wchodził do sali sądowej, uderzyła go jej wytworna architektura. Był to czysty gotyk, mnóstwo kolumienek prześlicznie ciosanych w kamieniu. Miał wrażenie, że jest w Anglii.
Niebawem całą jego uwagę pochłonęło kilkanaście ładnych kobiet, które naprzeciw ławy oskarżonego wypełniały trzy balkony nad trybunałem i przysięgłymi. Obróciwszy się do publiczności, ujrzał, iż cała trybuna biegnąca nad amfiteatrem pełna jest kobiet; przeważnie były młode i ładne; oczy miały błyszczące i rozciekawione. Poza tym był straszny tłok; bito się przy drzwiach, straż nie mogła utrzymać spokoju.
Kiedy wszystkie oczy szukające Juliana ujrzały, że zajmuje podwyższenie przeznaczone dla oskarżonego, przyjęto go szmerem zdziwienia i współczucia.
Można by rzec tego dnia, że nie ma dwudziestu lat; ubrany był skromnie, ale z nieskazitelną wytwornością, włosy i czoło były czarujące; Matylda sama dopilnowała toalety. Był bardzo blady. Ledwie usiadł, usłyszał ze wszystkich stron: „Boże! Jakiż młody!... Ależ to dziecko. O wiele przystojniejszy niż na portrecie”.
— Panie oskarżony — rzekł żandarm siedzący po prawej — widzi pan tych sześć dam, o tam, na balkonie? — (To mówiąc, wskazywał lóżkę nad ławą przysięgłych). — To pani prefektowa — ciągnął — obok niej margrabina de M***, ta panu bardzo sprzyjała, słyszałem, jak rozmawiała z sędzią śledczym. Obok to pani Derville.
— Pani Derville! — wykrzyknął Julian i rumieniec oblał jego czoło. „Natychmiast po rozprawie — pomyślał — napiszę do pani de Rênal”. Nie wiedział, że pani de Rênal jest w Besançon.
Przesłuchanie świadków trwało krótko. Zaraz po pierwszych słowach prokuratora dwie panie w loży na wprost Juliana zalały się łzami. „Pani Derville nie roztkliwia się tak” — pomyślał Julian. Zauważył wszelako, że jest bardzo czerwona.
Prokurator rozwiódł się z patosem a w lichej francuszczyźnie nad barbarzyństwem popełnionej zbrodni; Julian zauważył, że sąsiadki pani Derville zdradzają oznaki niezadowolenia. Kilku przysięgłych, widocznie znajomych tych pań, rozmawiało z nimi, starając się je uspokoić. „To chyba dobra wróżba” — pomyślał Julian.
Do tej chwili czuł bezgraniczną wzgardę dla wszystkich obecnych. Płaska elokwencja prokuratora spotęgowała to uczucie niesmaku. Stopniowo jednak oschłość Juliana ustąpiła wobec objawów sympatii, której był wyraźnie przedmiotem.