Jeszcze przykrzejsze zajście oczekiwało go nazajutrz. Od dawna ojciec zapowiadał swoje odwiedziny; tego dnia przed zbudzeniem się Juliana stary cieśla zjawił się w kaźni.
Julian doznał uczucia niemocy, spodziewał się najdotkliwszych wyrzutów. Dla dopełnienia przykrości tego rana doznawał ostrego żalu, że nie kocha ojca.
„Przypadek pomieścił nas obok siebie na ziemi — powiadał sobie, gdy odźwierny sprzątał z grubsza celę — i wyrządziliśmy sobie mniej więcej wszystko możliwe zło. Przybywa w chwili śmierci zadać mi ostateczny cios”.
Z chwilą gdy znaleźli się bez świadków, starzec rozpoczął surowe wyrzuty.
Julian nie mógł wstrzymać łez. „Cóż za niegodna słabość! — mówił sobie wściekły. — Będzie rozgłaszał przesadnie mój brak odwagi; cóż za triumf dla Valenodow i dla wszystkich płazów rządzących w Verrières! Są we Francji potęgą, jednoczą wszystkie przewagi. Dotąd mogłem sobie bodaj powiedzieć: «Oni mają pieniądze, to prawda, wszystkie zaszczyty spływają na nich, ale ja mam szlachectwo duszy.»
I oto świadek, któremu wszyscy uwierzą, będzie świadczył w całym Verrières, ba, z przesadą, że byłem słaby w obliczu śmierci! Okażę się tchórzem w tej próbie, którą wszyscy zdolni są ocenić!”
Julian był bliski rozpaczy. Nie wiedział jak się pozbyć ojca. Udawać zaś tak, aby oszukiwać przenikliwego starca, było w tej chwili nad jego siły.
Umysł jego przebiegał wszystkie możliwości.
— Mam trochę oszczędzonego grosza! — wykrzyknął nagle.
To genialne odezwanie się zmieniło fizjonomię starca i położenie Juliana.